O budowaniu wiary w dzieciach

„Nie wierzę w Pana Boga” – z pokoju dzieci dobiegła mnie stanowcza deklaracja naszego siedmioletniego syna. W reakcji na nią do kuchni wpadła zapłakana pięciolatka, skarżąc się od progu: „Mamo, bo Borys mówi, że nie ma Pana Boga!!!”. W ślad za nią wkroczył nadąsany Pierworodny, burcząc buńczucznie pod nosem: „Bo nie wierzę”. Matka zaś, słysząc te słowa, zrobiła to, co robi – przypuszczam – większość z nas, gdy spotyka się z kimś, kto nie podziela naszych myśli. … Zagotowała się!

Ćwiczenia z dialogu

Pierwszą myślą, która zahuczała mi w głowie, było: „O nie! Pod moim dachem nie wyrośnie kolejny ateista!!!”. „Chodź no tu, mój młody człowieku” – zasyczałam najchłodniejszym z tonów – „Zapraszam do pokoju na rozmowę!”. I już, już miałam w świętym oburzeniu huknąć stosowne kazanie solidnie naszpikowane frazami wywołującymi poczucie winy w małym człowieku, gdy nagle – chwała Panu! – się opamiętałam. Przy moim języku stanął anioł stróż, a lata zapuszczania korzeni w duchowość dialogu przyniosły konkretny owoc: moje milczenie, wyciszenie emocji i otwarcie na wysłuchanie innego. Na początku przeprosiłam Synka za swój wybuch i zapytałam, czy chciałby ze mną na ten temat porozmawiać. Na moje szczęście – chciał, a ja kolejny raz przekonałam się, ile mądrości tkwi w Jezusowym zastrzeżeniu: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci…” (Mt 18, 3).

Kwestia doświadczenia

Biorąc ślub w kościele katolickim, całkiem świadomie zadeklarowaliśmy, że chcemy z miłością przyjąć i po katolicku wychować dzieci. Ale … chcieć to jedno. Wiedzieć – jak? – oto jest pytanie! Oczywiście na etapie narzeczeńskim zdarzało nam się o tym rozmawiać, niemniej – raczej bez szczegółów. A to te szczegóły okazały się najbardziej frapujące, gdy na świecie pojawiło się nasze pierwsze dziecko.

Bo z jednej strony, gdy urodził się nasz Pierworodny, zalała mnie fala miłości i wdzięczności za dar życia. Ale z drugiej strony doświadczyłam wtedy pierwszych, rodzicielskich, panicznych myśli: „No dobrze, dobrze, cudownie. Ale co – do jasnej anielki! – ja mam teraz z tym dzieckiem robić, żeby ono dożyło dnia jutrzejszego?!” 😉 Może i w teorii wiedziałam wszystko o przebieraniu pieluch, karmieniu piersią i pielęgnacji pępka, ale nic nie było mnie w stanie przygotować na to, czego doświadczyłam, dostając na ręce wiercące się, kwilące, nieszczególnie komunikatywne niemowlę z krwi i kości. I to wspomnienie co rusz wraca do mnie, gdy na drodze bycia rodzicem zderzam się z nowymi wyzwaniami wychowawczymi. I tak, jak szkoła rodzenia nie przygotowała mnie do wszystkiego, co może się wiązać z opieką nad noworodkiem, tak samo (absolutnie fantastyczne i solidne) katechezy przedmałżeńskie nie dały mi gotowych recept na wychowywanie dzieci w wierze. W tej materii szkolimy się nieustannie i nic dziwnego, że zdarza się, iż w tym naszym przydomowym laboratorium pojawiają się niespodziewane erupcje. Staramy się nimi nie załamywać, a z każdego takiego doświadczenia czerpać po prostu jak najlepsze nauki.

Katecheza wpleciona w życie

Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że podstawą wychowywania po katolicku musi być osobisty przykład. Trudno, żeby zaszczepiać dzieciom coś, czego rodzice nie mają albo o co nie dbają. Staramy się więc od samego początku żyć zgodnie z tym, co wyznajemy, a osobistą relację z Panem Bogiem wytrwale umacniać w modlitwie, sakramentach i zgłębianiu Słowa Bożego. Bo maluchy najwięcej uczą się przez obserwację. Dzieci widzą więc, jak się modlimy, jak przeżywamy Eucharystię, jak przygotowujemy się do spowiedzi. Patrzą, w jaki sposób traktujemy Pismo Święte, krzyż, siebie nawzajem, innych ludzi. Wiemy, że jeśli nie będziemy w tym autentyczni, to będziemy po prostu cymbały. Brzmiące, ale jednak tylko cymbały 😉 (por. 1 Kor, 13, 1).

W naszym życiu staramy się być zatem wiarygodnymi świadkami wiary. W stosunku do naszych dzieci oznacza to przede wszystkim, że wychowujemy je w taki sposób, by pokazywać im, że życie wiarą przekłada się na konkret codzienności. Od małych, powszednich decyzji po wielkie życiowe wybory. Z tym, że nie robimy specjalnych pogadanek katechetycznych, ale do rozmowy o Tym, kogo kochamy i jakie są tego praktyczne konsekwencje, wykorzystujemy zwykłe, codzienne sytuacje i dziecięce pytania. Od fundamentalnych („Skąd się wziąłem?”), przez aktualne („Czemu muszę chodzić w maseczce?) po prozaiczne („Ale dlaczego nie możemy przejść na czerwonym świetle na drugą stronę drogi, jak tamten pan?”). A jakież fantastyczne rozmowy o miłości wobec bliźniego można wyprowadzić z samego faktu, że Tato przez 5 minut manewrował na parkingu, by jak najlepiej zaparkować samochód pod domem! Albo że mama wychodzi pobiegać.

Katechizowanie przez codzienność okazało się dla nas dużo łatwiejsze niż sądziliśmy. Wymagało tylko tego, by nie traktować wiary jako sfery li tylko sacrum, istotnego – ale jednak tylko – dodatku do życia, o którym można mówić wyłącznie z ambony. Ważne było też przełamanie bariery wstydu – bo dla wielu z nas rozmowa o tym, co duchowe nie jest naturalna. Tego można się jednak nauczyć. Ot, choćby przyłączając się do jakiejś grupy dzielenia Słowem Bożym.

Praktyka wiary

Czy można jednak określić, jakiś idealny moment, gdy powinniśmy zacząć wprowadzać dziecko w praktyki religijne? Czy modlitwa z niemowlakiem ma w ogóle sens? A chodzenie do Kościoła? Czy warto jeździć z maluchami na rekolekcje? Jeśli tak, to czy jesteśmy „skazani” tylko na „rodzinne wyjazdy”? Oj, dużo, dużo tego typu pytań buzowało nam w głowach, gdy na świat przyszło nasze pierwsze dziecko. Jednak odpowiedź, którą oboje słyszeliśmy w naszych sercach, była tylko jedna: „Wiary uczy się (od) zawsze i w każdych okolicznościach”. Bo, czyż te nasze maleństwa nie były już od pragnienia potomstwa wymodlone? Przez nas, przez Rodzinę i przez Przyjaciół? No pewnie, że były! Więc wprowadzanie w praktyki religijne zaczęło się tak naprawdę zanim świat usłyszał ich pierwszy (donośny!) krzyk.

Nasze dzieci od początku istnienia są więc zakorzenione w modlitwie. Oczywiście, na początku, kiedy wróciliśmy z naszym Pierworodnym Borysem ze szpitala do domu, czuliśmy się nieco „nieswojo”, modląc wspólnie każdego wieczora. Ale szybko nam przeszło, a wyrobiony nawyk stał się nieodzownym elementem codzienności. Kiedy Borys zaczął wykazywać coraz większą akceptację dla domowych rytuałów, rodzinna modlitwa stała się jednym z istotnych punktów porządkujących nasz dzień. I tak to trwa do dnia dzisiejszego i bardzo pomaga w uczeniu praktyk wiary kolejnych dzieci. Po wieczornej kąpieli, a przed bajkami jest czas, by razem uklęknąć do rodzinnej modlitwy. Ma ona dwa etapy. Najpierw – w bardziej swobodnej atmosferze (czyli siedząc na dywanie) staramy się dziękować za wszelkie dobro, którego w danym dniu doświadczyliśmy, przepraszać za konkretne przewinienia wobec bliźniego i prosić. Ta część zazwyczaj jest dość długa, bo trwa tyle, ile dzieci chcą i ile mają do powiedzenia. Dla nas istotną kwestią w tym czasie jest uwrażliwienie na innych i na błogosławieństwa, którymi Pan Bóg nas nieustannie obsypuje. Ale oczywiście trzeba mieć świadomość, że kilkuletnie dziecko modli się specyficznie. Bardzo, BARDZO po swojemu. Czasami np. uczestniczy z nami dmuchany dinozaur, „który bardzo chce podziękować za dzisiejszą świetną zabawę podczas kąpieli w wannie”. Albo przez 5 minut wysłuchujemy próśb o „szybkie odrośnięcie rączki misia”, albo „żeby Iwan częściej dzielił się cukierkami”, czy „sam sprzątał swój pokój”. Wszelkie tego typu „dziwne” (z dorosłego punktu widzenia) stwierdzenia, stanowią dla nas niezłe wyzwanie. Jeśli tylko się da, to staramy się umieścić je w chrześcijańskim kontekście i w ten sposób sączyć w główki dzieci logikę Ewangelii. Niestety nie jesteśmy święci. Bywa, że tak po prostu nie starcza nam cierpliwości. Niestety. W takich dniach, gdy przytłacza nas harmider dziejący się wokół, staramy się ratować myślą, że Pan Jezus, gdy szedł drogą krzyżową, na pewno nie doświadczał ciszy i skupienia. Musiały do niego dochodzić kłótnie małżonków, sąsiadów, zwyczajne przekomarzania dzieci, wrzaski dobrze bawiącej się dziatwy. Ta myśl daje nam „luz” i akceptację, że to, co ważne dla nas, nie jest koniecznie takie dla naszej progenitury. I to nie jest złe. To jest normalne. Ludzkie.

Kiedy w miarę bezboleśnie przebrniemy przez etap wyrażania siebie przed Panem, klękamy do pacierza. Odkąd tylko dzieci są w stanie się do tego dostosować, staramy się uczyć je przyjmowania postawy pokory wobec Najwyższego. Dużo, dużo o tym rozmawiamy, bo w naszym domu żaden gest nie pozostaje bez dociekliwego pytania: „A dlaczego?”. I tak się nam wydaje, że to wielkie błogosławieństwo…  W każdym razie, moment, gdy dzieciaki zaczynają mówić, jest dla nas najlepszym sygnałem, że można je włączyć w rodzinny pacierz. Wymaga to znowu: czasu, cierpliwości i rodzicielskiej pokory, ale naprawdę warto dać szansę dzieciom się wypowiedzieć. Jeśli maluch dzień w dzień słyszy „Ojcze nasz”, to nawet w wieku 2 lat, gdy jego zasób słownictwa jest jeszcze niewielki, będzie w stanie dokończyć za rodzicem: „Któryś jest …?” – „…W NIEBIE!!!” 🙂

Słowo Życia

Od samego początku robimy też wszystko, by dzieci uczestniczyły z nami w Eucharystii. Po pierwsze, dlatego, że jest to sakrament, który kochamy i w którym bardzo byśmy chcieli rozkochać nasze dzieci. Jeśli nie damy im szansy obserwować, jak wielki ma on wpływ na naszą codzienność, to pozostanie dla nich po prostu obcą rzeczywistością. Po drugie, wierzymy,  że wiara do wzrostu potrzebuje wspólnoty, a ta eucharystyczna doskonale pokazuje, że w Kościele miejsce jest dla każdego. Czasem trzeba to tylko dziecku po prostu objaśnić („Zobacz, nie wszyscy poszli do komunii, ale wielu przyszło dziś na mszę, bo bardzo chciało usłyszeć dobrą nowinę”). Po trzecie, bardzo chcemy, by w tym miejscu – tzn. w kościele – czuły się zawsze kochane, chciane i bezpieczne. U siebie. Dlatego też wybieramy takie miejsca, gdzie nie musimy się obawiać, że (czasami) nieokrzesane zachowania naszych dzieci zostaną storpedowane przez „liturgistów-terrorystów”. Dla jasności, to nie znaczy, że pozwalamy dzieciom na wszystko w kościele. Nie, nie! Zasady zawsze muszą być i od początku uczymy szacunku do sacrum. Niemniej szukamy takich miejsc, które dadzą nam minimum pewności, że nawet jeśli dwulatek zbyt głośno będzie kolorował swoją pobożną kolorowankę podczas 20-stej minuty kazania, to – jako rodzinka – nie usłyszymy ocen lub (co gorzej!) próśb o opuszczenie murów świątyni.

Oczywiście im starsze dzieci, tym bardziej świadomy jest ich udział w Eucharystii. Dla nas nieustającym zaskoczeniem jest, jak wiele Słowa Bożego działa w dzieciakach i jak Ono wraca w najmniej oczekiwanych momentach. Czasem wydaje się, że kompletnie nie słuchają i zafascynowane kandelabrami po prostu wędrują od ławki do ławki. A potem przy niedzielnej obiadokolacji ni stąd ni zowąd zbijają człowieka z nóg pytaniem: „Ale dlaczego Pan Jezus nauczał z mocą? O jaką moc chodziło?” 😉 Oczywiste jest, że z niemowlakiem nie przeprowadzisz lectio divina. Ale gwarantuję, że z kilkulatkiem już się da! Sama odkryłam w sobie talent do rozmowy z maluchami o niedzielnych Ewangeliach. Dziś wielką radością jest dla mnie to, że nie możemy wyjść z domu, jeśli nie porozmawiamy o liturgii Słowa. Dzieciaki same się tego domagają. A po mszy mamy kolejne tematy do rozmowy („A dlaczego ten ksiądz nie powiedział tego, co Ty mówiłaś?). Pandemiczne doświadczenia tylko ten ich głód zrozumienia, co się podczas Eucharystii dzieje, pogłębiają. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy będzie się czuł na siłach, by z pięciolatkiem porozmawiać o niedzielnej Ewangelii. Ale na rynku jest dostępnych wiele, kapitalnych książek, które mogą pomóc rodzicom wcielić się w rolę katechetów. Trzeba tylko po nie chcieć sięgnąć 🙂

Jesteś tym, co jesz

Kiedy myślę o wychowywaniu naszych dzieci, często wraca do mnie fragment z Księgi Izajasza: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel. Śmietanę i miód spożywać będzie, aż się nauczy odrzucać zło, a wybierać dobro” (Iz 7, 14-15). Śmietanę i miód. Ówczesne rarytasy. Aha! Zanim Pan Jezus był gotów zmierzyć się ze swoim powołaniem, musiał dojrzewać w cieplarnianych warunkach. To Maryja z Józefem byli odpowiedzialni za to, czym się karmił i co wpływało na Jego wychowanie. Co ukształtowało Go jako mężczyznę, jako człowieka. I ten werset, to dla mnie dość czytelny drogowskaz na rodzicielskiej drodze.

Nie, nie jestem za tym, by nasze dzieci wychowywały się tylko i wyłącznie w katolickim środowisku! Swoją drogą, to był jeden z głównych argumentów za posłaniem ich do publicznych placówek edukacyjnych. Dla nas ta wskazówka oznacza jedno: dbamy o to, by nasze dzieci otaczało piękno i Dobro najwyższej próby. W możliwie jak największym stopniu. Wiemy dobrze, co słuchają, co oglądają, co czytają. W naszym domu nie ma telewizora, a bajki oglądamy raz w tygodniu. Dużo czytamy, jeszcze więcej rozmawiamy. Sporo … śpiewamy. Owszem, bywają momenty, gdy dzieci buntują się przeciwko brakom – dlaczego nie mogą grać w pewne popularne wśród maluchów gry, oglądać pewnych bajek czy swobodnie korzystać z dostępu do internetu. Niemniej, nawet jeśli pojawiają się między nami jakieś zgrzyty w tych aspektach, to zawsze, ale to ZAWSZE przedstawiamy im, jakie argumenty stoją za naszymi decyzjami. Strategię przyjęliśmy prostą: zabraniać tylko tam, gdzie konieczne i pokazać, że to media mają nam służyć, a nie my im. Może dzięki temu póki co udało nam się uniknąć wyczerpujących wojen?

Nasze dzieci (w wieku: 7, 5 i prawie 3) są mądre, czułe i wrażliwe. Jesteśmy dumni za każdym razem, gdy potrafią wyrazić własne zdanie („Nie podoba mi się ta bajka!”) czy stanąć w obronie słabszego („Ej, to żaden wstyd płakać). Karmimy ich tym, co szlachetne, dobre i prawe, ale nie zamykamy pod kloszem. Wiedzą, że zło jest i jest ono bardzo podstępne. Nie lekceważą go, ale nie raz już przekonaliśmy się, że gdy przychodzi potrzeba, by stanąć w prawdzie, potrafią wykazać się niezwykłą mądrością i przenikliwością swoich osądów.

Jesteśmy tylko towarzyszami, nie przewodnikami

Kiedy zamknęłam się z Borysem w pokoju po pamiętnym wyznaniu, że nie wierzy w Pana Boga, nie sądziłam, że dostanę najlepsze rekolekcje ever. Usiedliśmy na łóżku i po moich przeprosinach za przedwczesny wybuch i zapytaniu, czy chce o tym, co powiedział, porozmawiać – Borys wydusił: „Mama, bo słuchaj, ja nie rozumiem, czemu w kościele tyle się gada o tych cudach Pana Jezusa! O tych uzdrowieniach, rozmnożeniach chleba, uciszeniach burzy. Mnie to w ogóle nie przekonuje!!! Takie rzeczy to każdy magik może zrobić”. „Uhummmm…” – byłam w stanie mruknąć elokwentnie, gorączkowo próbując zrozumieć, co się w tym małym, siedmioletnim umyśle stało. Do mnie akurat takie cuda BARDZO przemawiają 😉 Synek chwile pomilczał, przytulony na moich kolanach. Po minie widziałam, że mocno kombinuje. Zagryzłam zęby, żeby nie palnąć jakiejś moralizatorskiej gadki. I chwała Bogu! Po 5 minutach Borys stwierdził – jak to on – dość kategorycznie: „No dobra. Jedno, co mnie tak naprawdę przekonuje, że Jezus to Bóg, to to, że zmartwychwstał. To było rzeczywiście naprawdę COŚ”. Rzeczywiście…

I powiedzcie… kto tu kogo zewangelizował …?  😉

 

Ps.

Na zdjęciu wprowadzającym do wpisu: kącik modlitewny naszego Synka (lat 7!!!). Ulubione Pismo Święte, „Krzyż Życia” zrobiony z tektury na Wielkanoc i Maryja w oprawie po pudełku na jajka… (wszystko hand made z własnej, nieprzymuszonej woli ;-)). Całość dopełnia świecznik ze słoika. Przerażonych dorosłych uspokajam – świeczka jest elektryczna 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *