Moja ulubiona scenka z życia z ostatnich dni. Dzielę się i do uśmiechu, i refleksji.
Autobus miejski o świcie. Napchany do granic możliwości ludźmi spieszącymi do pracy i licealistami do szkół. Mróz, plucha na zewnątrz, w środku tropiki, podłoga pływa. Widzicie to?
Do autobusu wchodzi mocno wymalowana kobieta, modnie ubrana i uczesana, w uszach słuchawki, ręce obwieszone biżuterią, w dłoni energetyk, a w ustach guma do żucia. Wyróżnia się mocno, bo wśród tych wszystkich zaczerwienionych i zaspanych twarzy… ma okulary słoneczne na nosie. I płynnym ruchem wsuwa się na siedzenie koło mnie, które się właśnie zwolniło.
„Co za…” – pojawia się pokusa oceny, ale Słowo Boże stoi na straży moich myśli i staje mi przed oczami: BŁOGOSŁAW! No to błogosławię ją w duchu.
Kolejny przystanek. Wsiada starowinka, w kapeluszu pamiętającym 20lecie międzywojenne. Rozgląda się z paniką, bo kierowca już rusza z kopyta i w ostatnim momencie chwyta rurkę przy siedzeniu Pani Okularnicy. A ta siedzi i odwraca głowę do okna!
„Co za…!”. Aga, BŁOGOSŁAW!!! „Pfhtdhh…” mruczę w duchu i pokazuję język niebieskiemu Tacie. Myślę sobie… dam jej szansę, może się zreflektuję.
Nie. Jedziemy. Staruszka sapie. Moje belferskie geny odpalają tryb mrożenia wzrokiem. Uff. Udało się, za mną wstaje jakiś starszy pan i zwalnia miejsce. Nachylam się do staruszki:
„Proszę Pani, tutaj za mną jest miejsce wolne, proszę sobie usiąść”.
Staruszka odwraca się do mnie i syczy ze złością: „A co ja stara jestem, żeby siedzieć musiała?!!”
Kurtyna.
—
Fot. Pixabay
