Dzieje się dzieją

W ostatnich tygodniach sporo rozmawiam o modlitwie. A to o wyzwaniach modlitwy osobistej, a to o praktyce modlitwy małżeńskiej, a to o blaskach i cieniach modlitwy rodzinnej. Nie dalej jak na ostatnim spotkaniu wspólnoty kompletnie straciliśmy poczucie czasu, gdy zaczęliśmy się wymieniać wzajemnie doświadczeniami w tym temacie. To była dobra i ożywcza rozmowa, choć dzieliliśmy się przede wszystkim troskami. Wróciłam do domu ze spotkania i uderzyła mnie jedna myśl!

Tego jeszcze nie było!

Na wspomnianym spotkaniu siedzieliśmy w kilkanaście osób – zdecydowana większość w wieku „po 40stce”. Rozprawialiśmy o tym, jaki wpływ na modlitwę rodzinną ma nasza modlitwa osobista, co robić gdy zbuntowany nastolatek testuje granice rodzicielskiej cierpliwości w takim momencie, jak zapanować nad rozkojarzonym przedszkolakiem, czy lepiej modlić się krótko, a razem, czy może – zwłaszcza w wielodzietnych rodzinach – próbować rozbić modlitwę na jakieś etapy dostosowane do wieku dzieci? Dla niektórych modlitwa rodzinna to ta przy stole, dla innych wieczorna, a zdarzyli się i tacy kamikadze, którzy z trójką swoich szkolnych dzieci odprawiali jutrznię niemal każdego dnia… Wszystkich nas łączyło jedno. Nikt nie zaznał regularnej, stałej modlitwy rodzinnej we własnym dzieciństwie.

Dobra nowina

A jednak każdy z nas buduje swój własny dom, próbując – często po omacku – znaleźć taką formułę, w której wszyscy domownicy w danym momencie dnia spotykają się, by razem stanąć w obecności Pana Boga. Dlaczego? Najpewniej dlatego, że każdy z nas na własnej skórze doświadcza Dobra, jakie daje wytrwałe budowanie relacji z Panem Bogiem. To trochę tak jak z tymi statystykami dotyczącymi ocen działalności Kościoła. Ci, którzy są praktykującymi wiernymi, oceniają go zdecydowanie lepiej niż ci, którzy nie mają z nim do czynienia. Jak ktoś zaczyna się modlić, prędzej czy później dostrzega, jak bardzo człowieka ta czynność zmienia i umacnia. A my, ludzie, od zarania dziejów jesteśmy złaknieni: Dobra, Prawdy, Miłości, Pokoju. Tego wszystkiego, co Pan Bóg tym, którzy do Niego przychodzą, daje zawsze w obfitości.

Dzieje się dzieją

Zdaję sobie sprawę, że Kościół w Polsce od dłuższego czasu nie ma dobrej prasy w społeczeństwie. Biorąc pod uwagę liczbę wciąż nagłaśnianych zgorszeń, jest to zupełnie zrozumiałe. Ale muszę też przyznać, że we mnie od pewnego czasu systematycznie wzrasta zachwyt – zachwyt wiarą moich sióstr i braci i tym, jak Kościół nieustannie odradza się, usilnie stara odczytywać Słowo Boże i przybliża do Pana Boga. Jaki jest żywy, zwłaszcza „na dole”, u podstaw! Ci wszyscy fantastyczni ludzie – kobiety, mężczyźni, dzieci, osoby w różnym wieku i różnych stanów – mimo ziejącego zgrozą obrazu malowanego przez te czy owe media, wciąż przychodzą do Kościoła, znajdują w nim Pana Boga, a potem próbują na własny sposób głosić dobrą nowinę o Bożej Miłości. I są w tym niesamowicie kreatywni!
Wspólnoty, grupki, dzieła charytatywne, medytacje, wyzwania, uwielbienia, działalności kato-influencerów, niezliczone propozycje rekolekcji – to wszystko buzuje u dołu niczym lawa i jestem głęboko przekonana, że wszędzie tam, gdzie ludzie dbają o osobisty kontakt z Panem Bogiem – prędzej czy później wybucha wulkan Życia z całą mocą jego nieprzewidywalności i bogactwa. Dzieje apostolskie to przecież never ending story.