Wielkanocne wyzwanie

Kiedy wspominam ubiegłoroczne świętowanie Triduum, czuję … przede wszystkim ogromną tęsknotę. Im dalej od tamtych dni, tym większe we mnie przeświadczenie, że był to czas, który naprawdę wniósł życie w moje życie. Był wyjątkowy i dobrze przeżyty. I chociaż jest we mnie ogromna pokusa, by powtórzyć przebieg tamtych dni co do joty, to przecież dobrze wiem, że nic dwa razy się nie zdarza… Staram się więc nie poddawać zniechęceniu, irytacji ani duchowemu marazmowi i z otwartym sercem przygotowywać na najbliższe dni. Jak to kiedyś powiedziała moja Przyjaciółka – „Zawsze – nawet po niedoskonale przeżytym Wielkim Poście – można dobrze przeżyć święta Wielkiej Nocy. Trzeba się tylko na to zdecydować i podjąć pewien trud!”.

Zmęczenie

Tym, co wydaje mi się szczególnie trudne w tym roku, to wykrzesanie z siebie jeszcze uncji pokory i grama cierpliwości. Mimo wszystko w ubiegłym roku – kiedy pandemia koronawirusa w Polsce dopiero raczkowała – łatwiej było dostosować się do narzucanych ograniczeń i w zamkniętym lockdownem świecie znaleźć przestrzeń, by  umacniać pokój w swoim sercu. Zagrożenie było nieoswojone, więc sprzyjało powszechnej dyscyplinie. A dziś? W społeczeństwie konflikt goni konflikt, spiskowe teorie mutują równie kreatywnie jak nowe szczepy covida, a wielu z nas na podstawie lektury portali internetowych dorobiło się co najmniej habilitacji w temacie skutecznych metod walki z wirusem. Jesteśmy zmęczeni ciągłą „nienormalnością”, sfrustrowani stratami i nie omieszkamy na każdym kroku to zademonstrować. Agresywnie. Słowem, miną, gestem. Kropką nienawiści 😉 To plus szalejąca pandemia i momentami równie nieprzewidywalne kroki decydentów (zarówno tych świeckich, jak i kościelnych) wystawiają cierpliwość przeciętnego, ale jednak zaangażowanego wiernego na kolejną próbę.

Jak baranek

Rozumiem obawy tych, którzy potrafią spojrzeć na dane zagadnienie z szerszej niż osobista perspektywy i zobaczyć problemy przeciążenia systemu opieki zdrowotnej, zagrożenia życia i trudności w opanowaniu transmisji wirusa. Rozumiem gniew tych, którzy czują się bezsilni wobec negatywnych konsekwencji, jakie koronawirus wniósł w nasze życie. Rozumiem złość tych, którzy widzą niespójność wprowadzanych ograniczeń sanitarnych i rozdźwięk między tym, co jest zalecane, a co jest przez społeczeństwo wykonywane. Rozumiem i … staram się, podkreślę, ze wszystkich sił: staram się – nie rzucać kamieniami. Choć – przyznaję – świerzbi mnie ręka. Bo przecież „wiem lepiej”, bo przecież „mam prawo”, bo przecież „ileż można”…

To, co mnie powstrzymuje, to, co mi pomaga walczyć z nawałem tych rozmaitych przykrych emocji, to wpatrywanie się w Pana Jezusa, w mojego Mistrza i Nauczyciela. O ile ubiegłoroczny Wielki Post uczył mnie akceptacji zmienności i dynamiki życia, to ten ewidentnie otwiera przede mną Triduum w kluczu wytrwałości i pokory. Patrzę na Pana Jezusa milczącego wobec rozemocjonowanego tłumu, patrzę na Jego niezgodę na zastany świat (Mk 14, 36), a potem na wytrwałe, mozolne targanie krzyża na Golgotę i myślę sobie: to jest droga! To jest konkretna wskazówka na czas tu i teraz! Posłuszeństwo, które wydaje się kompletnie niezrozumiałe z punktu widzenia zwyczajnych, ludzkich relacji i pokora, która uniża siebie do granic heroizmu. W dziele zbawienia świata nie ma cienia skargi, wyrzutu, sarkania na niesprawiedliwość losu. Jest za to niesamowita wolność Człowieka, który w poniżeniu, w samotności, w odrzuceniu dobrze wie, jaki sens ma Jego życie. I to powołanie realizuje każdym swoim oddechem.

On wiedział. A czy my ten sens we własnym życiu potrafimy dostrzec?

 

Myślę więc, że bardzo potrzebujemy zobaczyć tę perspektywę: że tak, jak Pan Jezus nie przyszedł na świat sam dla siebie, tak i my nie żyjemy tylko po to, by po prostu być. Jesteśmy częścią – ważną, drogocenną, kochaną, potrzebną – wspólnoty. I być może dopiero wkroczyliśmy w drugi rok naszej wędrówki do Ziemi Obiecanej. Być może czeka nas nie kilkugodzinna męka, lecz wieloletnia wędrówka pełna dyskomfortu i niepewności. Grunt, żeby uświadomić sobie, że nad tym wszystkim, co się dzieje, czuwa Bóg. On wie, co jest dla nas dobre, On śmierć zwyciężył i panuje nad tym, co złe. Teraz i na wieki.

Być Człowiekiem Nadziei

Patrzę więc na Jezusa, który zrezygnował z siebie, byśmy mogli żyć wiecznie. Nie rozumiem dlaczego, a nawet jak sobie jakieś odpowiedzi formułuję, to, szczerze mówiąc, niezbyt mi się podobają. Dlaczego – mimo świadomości co Go czeka, nie powiedział Ojcu: „Chromolę, Tato, wymyśl inny sposób zbawienia człowieka!!!”? Dlaczego powierzył Kościół tchórzowi/zadufanemu w swoje własne siły narwańcowi, a nie umiłowanemu Janowi, który stał pod krzyżem do końca? Dlaczego droga do zmartwychwstania wiedzie przez Wielki Piątek i czemu Dobro tak łatwo zakrzyczeć? Nie rozumiem tego wszystkiego, ale … daję sobie prawo, by nie rozumieć. Mam też głębokie przekonanie, że najbliższe dni pozwolą mi odkryć nowy (inny) wymiar odpowiedzi na te nieustannie aktualne pytania. I tak sobie, jak Wam życzę, byśmy tej wyjątkowej szansy nie zmarnowali. Być może rezygnacja z tego, do czego się przyzwyczailiśmy, co jest dla nas swojskie i miłe uwrażliwi nasze serca. Być może pokorna i cicha akceptacja tego, czego zmienić nie mamy szans, zmieni nas na lepsze (a przecież ostatecznie o to nieustannie nam chodzi).

Może to właśnie w tym roku – gdy (znowu!) nie trzeba gotować dla hordy gości, okazji do wydania pieniędzy jest mniej, a nawet (ostatecznie) sprzątać nie musimy – rzeczywiście spotkamy Zmartwychwstałego oko w oko? Pewnie początkowo – jak Maria Magdalena – Go nie poznamy. Może dopiero za jakiś czas dotrze do nas, że tym razem przyszedł w dzieciach, co to ani minuty spokoju nie dawały podczas prób oglądania liturgii w internetach (wszak Miłość cierpliwa jest)? A może dostrzeżemy Go w upierdliwym współmałżonku, który od wieków wypomina nam źle wyciskaną pastę do zębów (Miłość nie pamięta złego)? We wkurzającej sąsiadce (Miłość nie unosi się gniewem)? W księdzu, który opowiada teologiczne herezje (Miłość wszystko znosi)? Jedno jest pewne – ON zrobi wszystko, by się z nami naprawdę spotkać. Tyle, że to spotkanie będzie pewnie inne niż sobie zaplanujemy 😉

Więc – nie planujmy (zbyt wiele). Po prostu bądźmy ze sobą i wypatrujmy Go w naszych domach i w naszych rodzinach. Może te kolejne, narodowe ćwiczenia z rezygnowania z siebie, z wytrwałości i z pokory sprawią, że rzeczywiście w naszych relacjach pojawi się nowe ŻYCIE? Z Jego mocą, nieokiełznaniem, różnorodnością. Bądźmy więc ludźmi nadziei – nadziei mimo wszystko. Nawet jeśli jeszcze nie jesteśmy gotowi komuś lub sobie przebaczyć. Nawet jeśli jeszcze nie jesteśmy gotowi zmierzyć się z tym, w czym w Miłości nie domagamy. Nawet jeśli jeszcze nie widzimy sensu w rezygnacji ze swoich wizji. Nawet jeśli jeszcze nie wierzymy, że każdy grób można otworzyć i wyprowadzić z niego życie. Ale próbuj. Próbujmy. Nie jest przecież za późno. Dla Niego nigdy nie jest „za późno”. Jest tylko „jeszcze nie”. Bo te święta najdobitniej przypominają nam, że Bóg JEST ponad czasem. A my możemy tylko rzucić się w Jego ramiona z ufnością. Jak Jezus na krzyżu. I takiego totalnego zawierzenia przemieniającego każdą chwilę codzienności życzę każdemu z Was!

 

//Zdjęcie tytułowe: Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *