Bez rozczarowania ani rusz

Przeżywaliśmy ostatnio dzień skupienia w naszej wspólnocie małżeństw. Dobry, owocny czas. I zaskakujący. A przynajmniej ja poczułam się bardzo zadziwiona, gdy jeden z prowadzących księży stwierdził w pewnym momencie, że dla niego ważnym momentem budowania wspólnoty jest … rozczarowanie nią.

Istota chrześcijaństwa

Początkowo obruszyłam się na tę myśl. Rozczarowanie wiąże się przecież z frustracją, zawiedzionym zaufaniem, nadziejami, nierzadko z gniewem, pretensjami, rozłamem. Pomyślałam o obecnych kryzysach w Kościele. A potem dotarło do mnie, że bez rozczarowania nie byłoby nas. Chrześcijan.

„A myśmy się spodziewali …” mówią uczniowie idący do Emaus (Łk 24, 21). Oni byli pewni, że Chrystus wyzwoli Izrael tak, jak sobie to wymyślili. Zdrada, męka, krzyż, poniżenie nie mieściły się w tych kalkulacjach. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie wyrośliśmy z tego podejścia. My też się często spodziewamy. Że nasze małżeństwo będzie idyllą, dzieci aniołami, wspólnota rajem, praca sielanką, a życie upłynie bez chorób i cierpienia. I jeszcze że wszyscy wokół będą podzielać nasze wartości i przyklaskiwać naszym poglądom. Chyba, że to tylko ja mam skłonność do tego, by budować w swojej głowie tego typu wizje oparte tylko na własnych pragnieniach? Jeśli tak, to przyznaję się bez bicia, że kiedy patrzę na tę dwójkę apostołów, wyraźnie widzę siebie. Cierpię na nieuleczalny Syndrom Modelowania Otoczenia Według Własnego Osądu.

Boża iskra

Trudno budować cokolwiek bez ideałów. Wartości, szlachetne cele, marzenia, zachwyty, zauroczenia, ambicje wydają się doskonałym spoiwem ludzkich relacji. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że są niezbędnym elementem działań jednoczących ludzi. Czym byłoby małżeństwo bez zakochania? Która firma osiągnęłaby sukces bez wizji rozwoju? Jaka wspólnota przetrwałaby, gdyby nie poczucie sensu obranej drogi? Jak wyglądałby świat, gdyby człowiek nie dążył do zmiany na  lepsze?

Bóg zasiał w nas pragnienie dobra i ono nieustannie daje o sobie znać. Dlatego jesteśmy solidarni, wrażliwi, empatyczni. Dlatego szukamy sprawiedliwości, miłosierdzia, prawdy. Dlatego szczytne ideały nas pociągają, jesteśmy w stanie o nie walczyć i trudzić się, by nimi żyć. Tyle tylko, że jesteśmy ludźmi, a ziemia to zaledwie przedsionek nieba. Nie ma więc idealnych ludzi na świecie, nie ma idealnych wspólnot, ruchów, organizacji, firm. Człowiek zgrzeszył i po ludzku nie jest w stanie zbudować nic idealnego. I nie chodzi, by tego nie próbować, ale o to, by dostrzec, że bez Boga nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z naszą malizną.

Sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga

Kiedy patrzę na swoje małżeństwo, widzę wyraźnie, że kluczowe momenty w jego budowaniu wiązały się z rozczarowaniem. Sobą, współmałżonkiem, nami jako parą. Oczywiście, że bez fascynacji i zachwytu nie byłoby naszej więzi. Ale dotarło do mnie, że bez tych krytycznych momentów nie byłoby w nas determinacji, by stawać w prawdzie, oczyszczać to, co jest w nas egoistyczne i mierzyć się z własną pychą i zadufaniem. A przez to wzrastać.

Podobnie w życiu wspólnotowym. Gdyby nie momenty bezsilności, smutku, czasem pretensji, a nawet i gniewu na to, jak mój Kościół wygląda – pewnie do dziś szukałabym Pana Boga tylko we własnych oczekiwaniach i błądziła po omacku, szukając szczęścia tam, gdzie go nie ma. To wszystkie te trudne i frustrujące doświadczenia pozwalały mi zrobić to, co najważniejsze. Skupić wzrok na Nim. Pokazywały mi, że potrzebuję nieustannej lekcji miłości i nikt inny mnie przez nią lepiej nie poprowadzi.

Potrzeba odczarowania

Rozczarowanie może być destrukcyjne. Kiedy? Wtedy, kiedy człowiek na nim poprzestanie, kiedy nie podniesie wzroku ponad to, co go spotyka i nie poszuka wsparcia. Frustracje, gniew, pretensje potrafią nas skutecznie zamknąć na drugiego człowieka. Dlatego warto o nich … mówić. Nie dusić w sobie, nie pozwalać, by rosły do niebotycznych rozmiarów, nie podlewać sosikiem egoizmu, tylko odważnie konfrontować je z doświadczeniami innych osób, a przede wszystkim z Nim.

Wczoraj na przykład przeżyłam wielkie rozczarowanie. Sobą. Jedna trywialna sytuacja pokazała mi, jak daleko mi do standardów chrześcijaństwa, które powinnam swoją osobą reprezentować. Miętoliłam w sobie to gorzkie poczucie porażki i przez dłuższą chwilę pozwalałam, by przykre emocje kierowały moim postępowaniem. Wieczorem usiadłam z Najlepszym z Mężów i z nim o tym porozmawiałam. A potem się pomodliłam. Wstyd nie jest moim ulubieńcem. Ale jego doświadczenie było mi potrzebne. Bo pokazało mi prawdę o sobie i kolejny raz popchnęło w objęcia Tego, który nie ocenia, a po prostu kocha. Miłosiernego Stwórcy.

//Zdjęcie tytułowe na stronie głównej pochodzi z serwisu Pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *