Wśród licznych cech, które uwielbiam w moim Mężu, jest i ta jego ułańska skłonność, by ciągać swoją rodzinę w nieznane. W naszym wydaniu wygląda to tak, że Najdroższy otwiera mapę, szuka miejsca, które chce nam pokazać i potem opracowuje w myślach trasę rowerową „poza ruchliwymi szlakami”. No i w efekcie czasami jedziemy po zagonach ziemniaków, chaszczach dzikich malin i przecinamy wzdłuż i wszerz niekoniecznie urokliwe strumyki („Kotusia, nie denerwuj się, gdzieś tu na pewno jest ta ścieżka, którą widziałem na mapie”). Nie inaczej było wczoraj.
Tym razem D. postanowił pokazać nam „kapitalne miejsce na biwak” i zanim do niego dotarliśmy, zebraliśmy z tuzin kleszczy, dwie garście pajęczyn i sporo gałęzi we włosach. Dzieciaki jak zawsze w ciemno i bez marudzenia za Tatą jechały. „Ahoj, przygodo!” – z pewnością to od niego uczą się tej postawy, nie ode mnie… Ja tradycyjnie zamykałam nasz mały peleton, opatrując co i rusz buziakami nowe zadrapania i siniaki. Moje myśli błądziły wokół … Kościoła.
Mąż wymyślił trasę, która nie wykroczyła ani przez moment poza granice miasta, w którym mieszkamy. A ja nie mogłam wyjść z zadziwienia, nie tylko, że tych miejsc w ogóle nie znałam (ba, o nich nawet nie słyszałam), lecz także, że w ogóle takie dzikie ostępy można w miejskiej przestrzeni zobaczyć. I tak sobie myślałam, jakie to bardzo jest o nas, wierzących. Dopóki siedzimy w miejscu, możemy nie zdawać sobie sprawy, ile nie wiemy. Także o „naszym miejscu na ziemi”. Zdarza się jednak tak, że ktoś nas zachęca/zmusza do zmierzenia się z tym, co obce i nieznane. Taka wyprawa rzadko jest wygodna i komfortowa, ale przynosi trwałe owoce w naszym sercu. Wiedzę, nowe doświadczenia, wspomnienia, emocje. Trzeba tylko („tylko”?) pokonać dwie zmory na „L”. Lęk i lenistwo. Już nie raz, nie dwa przekonywałam się, że w walce z tymi zmorami, bez wsparcia Ducha Świętego się nie obejdzie.
Wiej, kędy chcesz i zaganiaj, gdzie uznasz!
// Fot. Pixabay
