Na półmetku wielkiego, szkolnego eksperymentu

Kwestia edukacji jest czymś, co mnie frapuje od dawna. Kiedyś bardziej jako nauczyciela akademickiego, teraz bardziej jako rodzica dzieci szkolnych. Dwójka z czwórki naszych dzieci przedziera się już przez chaszcze systemu, a trwający rok obfitował w zasadnicze zmiany wprowadzone w ich szkole. I na półmetku ich funkcjonowania, chciałabym się z Wami podzielić kilkoma obserwacjami.

Gdy szkoła zmienia statut

Był wrzesień, początek roku szkolnego. Pobiegłam na standardowe zebranie rodzicielskie z nastawieniem, że za godzinę wrócę do domu. Nasze starsze dzieci chodzą odpowiednio do drugiej i czwartej klasy w dużym, publicznym zespole szkół. Moloch, jakich wiele w całej Polsce. Nastawiłam się na tradycyjne wybieranie trójek klasowych, ustalanie wysokości składek rodzicielskich i zapoznawanie się z kalendarzem wydarzeń szkolnych. Krótko mówiąc: dwa razy po półgodzinki i na obiad będę w domu. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu okazało się, że w harmonogramie zebrania w obu klasach znajduje się dyskusja poświęcona zmianom w statucie szkoły. A zmiany te były (i są!) rzeczywiście dużego kalibru. Po pierwsze, zrezygnowano z zadań domowych w procesie nauczania, a po drugie, zniesiono przepis zabraniający korzystania uczniom z telefonów komórkowych. Obie decyzje powiązano z zainaugurowaniem w szkole tzw. roku zdrowia psychicznego i wskazano, że zostają wprowadzone eksperymentalnie na okres jednego roku. Pewnie Was nie zdziwię, że dyskusje na ten temat nie zamknęły się w standardowych 30 minutach…

Gdzie jest konsensus?

Przyznam, że w tej decyzji zaskoczyło mnie wiele rzeczy. Ale to, co najmocniej uderzyło mnie w pierwszym momencie po ich ogłoszeniu, to to, jak bardzo jesteśmy zróżnicowani jako społeczeństwo i jak bardzo nie potrafimy ze sobą rozmawiać i poszukiwać wspólnej płaszczyzny porozumienia. Ile było obecnych na sali osób, tyle poglądów i uwag, żądań i sugestii wyrażanych tonem nieznoszącym sprzeciwu. Często kompletnie sprzecznych i niemożliwych do pogodzenia. Wracałam do domu i zastanawiałam się, jak bardzo szkolne realia zmieniły się na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat i jak trudno osiągnąć teraz konsensus, czym szkoła ma być i w jaki sposób edukować dzieci i młodzież. Bo chociaż nie brakuje haseł-kluczy, co do których niby wszyscy się zgadzamy, to jednak pozostają one pustymi sloganami, gdy zaczynamy rozmawiać o szczegółach ich realizacji. Zastanówcie się, co jest dla Was synonimem szkoły nowoczesnej i bezpiecznej, a potem zagadnijcie na ten temat anonimowego człowieka na przystanku. Przypadkowego, bo to ważne, żeby posłuchać kogoś, kto nie jest z naszego otoczenia i nie myśli tak samo jak my 😉 Współczesne media z ich tendencją do gromadzenia nas w tzw. bańkach informacyjnych, bardzo mocno cementują przecież przekonania, że świat jest taki, jak to właśnie nam się myśli. A przecież nasze poglądy i doświadczenia to nie jest cała prawda o otaczającej nas rzeczywistości. Szkoła – póki co – pozwala to zaobserwować niczym w soczewce.

Szkoła bez zadań? To się nie da!

Decyzja o rezygnacji z zadań domowych bardzo mocno podzieliła nie tylko rodziców, lecz także i nauczycieli. I – ku mojemu zaskoczeniu – to właśnie ona, a nie zezwolenie na używanie telefonów komórkowych, wzbudzała najwięcej emocji dorosłych. Po jednej stronie stali ci, którzy dostrzegają problem przemęczenia dzieci spędzających wiele godzin w szkole na lekcjach i ślęczących (często i godzinami!) w dnie powszednie i w weekendy, by zrealizować zadane przez nauczycieli zadania, rozmaite projekty i wypracowania. Tu gorąco polecam Wam lekturę tego tekstu Marty Łysek! Z drugiej strony byli ci, którzy podkreślali niewygodną w rzeczywistości szkolnej prawdę – że przedmiot przedmiotowi nierówny, a uczenie się jako proces często wymaga systematyczności, ćwiczenia i powtarzania. I być może da się opracować zielnik w warunkach klasowych w trakcie całego semestru, ale już efektywne nauczenie się 1000 nowych słów z angielskiego nie jest możliwe w 25-osobowej klasie w trakcie 3h języka tygodniowo. A nad każdym uczniem – czy nam się to podoba czy nie – wisi bat w postaci wizji egzaminu na koniec szkoły, gdzie weryfikowana jest bardzo konkretna i jasno określona podstawa programowa, którą ten uczeń musi opanować.

Salomonowe rozwiązania

Po wielu burzliwych dyskusjach – i na radach pedagogicznych, i na spotkaniach rodzicielskich – uzgodniono ostatecznie kompromisowe rozwiązanie: wprowadzono zadania domowe jako dobrowolną opcję. Przyznam, że przeważał we mnie sceptycyzm. Bałam się, że pomysł ten będzie wyglądał świetnie na papierze, ale w praktyce nic się nie zmieni, bo dobrowolne zadania bardzo szybko okażą się obowiązkowymi dla tych uczniów, którym oceny nie są obojętne. Po pół roku funkcjonowania tej reguły jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nasz czwartoklasista przynosi średnio jedno-dwa zadania domowe w trakcie tygodnia i jeszcze nie zdarzyło się, by w weekend musiał siedzieć nad czymkolwiek zadanym w ramach uzupełniania lekcji. Da się? Da. Jednocześnie nie ma negatywnej weryfikacji. Wiemy, że parę razy nie zrobił zadań zaproponowanych przez nauczycieli jako domowych, ale w żaden sposób nie odbiło się to na jego ocenie końcowej. Podobnie było w przypadku zadań domowych, które zrobił, ale wykonał je źle (np. napisał wypracowanie z języka polskiego, ale nie do końca na temat). Za takie zadania nie otrzymywał oceny negatywnej, tylko służyły one – jemu i nauczycielowi – do dostrzeżenia i zweryfikowania problemu w przekazie wiedzy.

Halo! Czy ktoś nas tu słucha!?!

Przy okazji rezygnacji z zadań domowych, wprowadzono też dodatkową zmianę: wyciszono szkolne dzwonki. Sama jestem entuzjastką tego rozwiązania, bo – przynajmniej w naszej szkole – dzwonek był z typu BUnZ („Budzę Umarłych na Zawołanie”). A że były ciągłe problemy z jego synchronizacją w poszczególnych skrzydłach potężnego budynku, to i ryzyko nabawienia się nerwicy było spore. Jakież było moje zdziwienie, gdy mój syn pod koniec września z uznaniem doniósł nam, że kandydaci na przewodniczącego szkoły wśród swoich postulatów wymieniają powrót do szkolnych dzwonków! On sam czuł się bez ram wyznaczanych przez dzwonek niepewnie i niekomfortowo, a zamiast na lekcji, koncentrował się na śledzeniu zegarka na ręce. Wkrótce rodzicielskie komunikatory rozgrzały się do czerwoności dyskusją „okołodzwonkową”. Okazało się, że uczniowie czuli się skrzywdzeni, bo część nauczycieli przedłużała (świadomie bądź nie) lekcje o kilka minut, by skończyć dany temat. Jednocześnie nauczyciele sygnalizowali, że dzieci notorycznie spóźniają się na lekcje, tłumacząc, że nie zauważyli, że przerwa się skończyła. Pewnie was nie zdziwi fakt, że przychodzenie z kwadransowym opóźnieniem na te godziny, na których akurat miał się odbyć jakiś sprawdzian, dość szybko stało się regułą 😉 Problem nabrzmiewał do połowy października i skończył się tym, że Rada Rodziców i Dyrekcja przeznaczyła dodatkowe fundusze … na zakup wielkich zegarów do sal. Nowy, cichy system dzwonków jest poza zasięgiem finansowym naszej szkoły, ale banalnie proste rozwiązanie oraz kilka rozmów na temat wzajemnego szacunku przyniosło spokój po obu stronach szkolnej ławy.

Wirtualne przepisy

Decyzja o zniesieniu zakazu używania telefonów komórkowych w szkole wzbudzała we mnie osobiście największy sprzeciw. Zwłaszcza, że powiązano ją z hasłem „roku zdrowia psychicznego”. I przyznam, że wszystko się we mnie buntowało na taki przekaz, bo w przestrzeni naukowej akurat w tym temacie istnieje zgodność: smartfony, media społecznościowe i dynamika zmian komunikacyjnych mają w przeważającej większości negatywny wpływ na efektywność procesów uczenia się i samopoczucia młodych (zainteresowanych odsyłam np. do badań prof. Manfreda Spitzera poświęconych tej kwestii). Więc gdzie tu związek? Kiedy jednak wytłumaczono mi tło podjęcia tej decyzji, zrozumiałam, że w pewnym sensie była ona uzasadniona. Bo zakaz używania smartfonów w szkole był po prostu całkowicie pustym przepisem, notorycznie łamanym i kompletnie nieprzestrzeganym przez uczniów. Nauczyciele czuli się sfrustrowani, ponieważ  każdą przerwę musieli spędzać przede wszystkim na upominaniu uczniów, ci z kolei, dla świętego spokoju, zaczęli nagminnie przesiadywać w toaletach, gdzie z telefonem w jednej, a kanapką w drugiej ręce mogli „w spokoju” oddawać się scrollowaniu, grom i tiktokowaniu. Dyrekcja i nauczyciele uzgodnili więc, że urealnią sytuację, a w ramach „roku zdrowia psychicznego” spróbują przekazać dzieciom i rodzicom jak najwięcej wiedzy na temat higieny cyfrowej.

Pogadanki contra cyfro-haj

Pierwsze alarmistyczne ogłoszenia w dzienniku elektronicznym pojawiły się już w połowie października. Nauczyciele i szkolni pedagodzy raz po raz apelowali do nas, rodziców, aby wyjaśniać dzieciom, jakie zagrożenia płyną z nieustannego używania ekranów albo przynajmniej zakładać tzw. rodzicielskie blokady i mierzyć czas spędzany przez uczniów w konkretnych aplikacjach. Bo dzieci – jak wynikało z ich obserwacji – używają telefonów non stop. Nawet na lekcjach (i to nie dlatego, że większość nauczycieli postanowiła nagle korzystać z np. kahoota).

Rozpisano stosowne konkursy wiedzy, przeprowadzono pogadanki, uruchomiono specjalne wykłady/zajęcia poświęcone tej kwestii (także online i także dla rodziców). Sęk w tym, że – np. w inicjatywach adresowanych do rodziców – uczestniczyło raptem dwadzieścia parę osób na całą szkołę. W tym ja. Matka dzieci, które z powodu naszej świadomej rodzicielskiej decyzji nie mają własnych smartfonów, telewizora w domu ani nieograniczonego dostępu do komputera czy laptopa 😉 Trudno nie było odnieść wrażenia, że zagadnieniem higieny cyfrowej interesują się przede wszystkim ci, którzy widzą, jak wielką rewolucję w naszym współczesnym świecie robi rozwijająca się w szaleńczym tempie technologia. Dominujące rodzicielskie stanowisko w naszej szkole zdaje się sprowadzać do stwierdzenia: „Młodzi tak czy siak muszą dostosować się do tego pędu, więc to dobrze, że już dziś  tak naturalnie czują się w wirtualnym środowisku”.

Nauczyć cyfrowej higieny

Czy wdrażane rozwiązania oparte na edukacji ostatecznie przyniosą w naszej szkole wymierne efekty – na ten moment trudno powiedzieć. Na początku grudnia pojawiły się jednak znowu pewne zakazy – zakazano np. używania telefonów komórkowych w świetlicy. „Dzieci nie chcą brać udziału w żadnych zajęciach proponowanych przez opiekunki, nie da się ich oderwać od ekranów” – napisano w uzasadnieniu.

Doszło też do tego, że nauczyciele na poszczególnych lekcjach próbują w różny sposób ograniczać dostęp do telefonu na własną rękę (np. zbierają smartfony na początku i odkładają je do „pudełka mocy”, wpisują uwagi do e-dziennika za każde przyłapane scrollowanie, urządzają wyzwania „monitoringu wygaszonego ekranu” itp. itd.). Zawsze jednak znajdzie się w klasie jakiś osesek, który przypomni nauczycielowi, że „posiadanie telefonu komórkowego należy obecnie do podstawowych praw człowieka” i nikt mu nie zabroni korzystać z tego dobrodziejstwa, skoro prawo tego nie zabrania. I tu powinien wjechać na białym koniu światły i rozsądny rodzic. Tyle, że często ów rodzic sam po uszy jest zatopiony w cyfrowej bajce. No i kółko się zamyka.

Bez utopii, ale z wartościami

Podsumowując, myśli mam dwie. Po pierwsze, wdrażanie zmian, które zostaną przez wszystkich w takim samym stopniu zaakceptowane i zastosowane – jest niemożliwe. Można jednak funkcjonujący system reformować oddolnie, a im więcej czasu poświęci się na rozmowę ze wszystkimi zaangażowanymi stronami, tym lepsze widać efekty. Nawet nauczyciele bardzo sceptyczni wobec braku zadań domowych, odnaleźli się w zaproponowanej formule i ograniczyli ilość materiału zadawanego dzieciom do przerobienia poza szkołą. Potrzebny jest jednak człowiek, a najlepiej grupa ludzi zdeterminowanych, przekonanych co do słuszności wprowadzanych zmian i mających czas, by dyskutować z tymi, którzy są sceptyczni czy kompletnie obojętni wobec proponowanych rozwiązań.

Warto też pamiętać, że system szkolny jest systemem naczyń połączonych. Pomiędzy wszystkimi osobami, które go tworzą, niezbędna jest jasna komunikacja oparta na zasadach dialogu i wzajemnego szacunku. Nie może ona ani nikogo pomijać, ani preferować. Nie może unikać rozmowy o wartościach! Tylko w takich warunkach jesteśmy w stanie wypracować konsensus i znaleźć w sobie faktyczne siły, by z danej zmiany wycisnąć jak najwięcej obiektywnego dobra dla wszystkich.  Obawiam się jednak, że zachowanie tej równowagi w zdominowanej przez indywidualizm rzeczywistości pozostanie dla nas największym wyzwaniem także w kolejnym półroczu. Ale kto wie? Może się znowu zaskoczę. Oby!

 

Fot. Pixabay

7 thoughts on “Na półmetku wielkiego, szkolnego eksperymentu

  1. Myślę, że to co, się dzieje w tej szkole, jest wspaniałą, wartościową szkołą życia w społeczeństwie. Rozmawianie, poznawanie różnych punktów widzenia, próby osiągnięcia konsensusu, urealnianie oczekiwań (bo oczywiste, że po każdej stronie pozostaną jakieś „ale), umiejętność rezygnowania z rozwiązań, które się nie sprawdziły, docenianie nawet drobnych zmian, jeśli są one zmianami na lepsze. Warto uwierzyć, że to ma sens, choć wiąże się z dodatkową pracą (i nakładem czasu, choćby tymi długimi zebraniami rodziców). Zbyt często myślimy w kategoriach: skoro nie da się przeprowadzić wielkiej, cudownej zmiany na lepsze, to lepiej nie robić nic…

    1. Dokładnie! I mnie też uderza w tej całej sytuacji, że wspomniana rezygnacja z zadań to nie była realizacja z góry narzuconej decyzji politycznej (wiemy, że jedna z partii szła przecież z takim postulatem do wyborów), tylko jest to całkowicie oddolna, ale i WSPÓLNA inicjatywa grupy rodziców i nauczycieli. Z tego, co się dowiadywałam, zabiegi i rozmowy przed wprowadzeniem tej zmiany w statucie trwały blisko cały poprzedzający rok. I toczyły się zarówno w gremium rady rodziców, jak i rady nauczycielskiej. W tekście też nie piszę już o tym, bo nie jest to bezpośrednio nasze doświadczenie, ale we wrześniu zostaliśmy tez poinformowani, że w ramach tego roku zdrowia psychicznego w dwóch starszych klasach grupa nauczycieli zdecydowała się zaeksperymentować i przez cały rok szkolny 2023/2024 uczyć bez oceniania. Niestety nie wiem, jak to wygląda w praktyce, a sama jestem ogromnie ciekawa wyników tego założenia na półmetku. Przypominam, że rzecz dzieje się w zwykłej, normalnej, „molochowatej” szkole podstawowej!

  2. Ciche dzwonki poza zasięgiem???
    Kiedy byłem mały i bałem się dzwonka, tata po prostu wykręcił jego czaszę i problem zniknął – zamiast dzwonienia, słychać terkot.
    Można też do czaszy dzwonka przykleić w miejscu uderzania młoteczka kawałek tektury/plastiku/gumy i eksperymentalnie sprawdzić stopień wyciszenia.
    Ludzie, POMYŚLCIE!!!
    Pozdrawiam.

    1. Myślę, że takie odkręcanie czaszy dzwonków w całym zespole szkół, to mogłoby być wspaniałe zajęcie na lekcjach techniki dla wszystkich siedmiu klas czwartych w naszej szkole. Kto wie, może zainspirował Pan właśnie naszego wspaniałego Pana M., który na swoich lekcjach hebluje, piłuje i drukuje w 3D rozmaite rzeczy z dzieciakami? 🙂

  3. Używanie komórek przy nauce bardzo rozprasza podobnie jak wszelkiego innego rodzaju ekranów co pokazało nauczanie zdalne. To wiadomo, nie trzeba powtarzać eksperymentów o znanych i niekorzystnych efektach.

  4. Amerykańska psycholog Jean Twenge twierdzi: „Częstsze korzystanie z telefonów oznacza rzadsze spotykanie się z ludźmi twarzą w twarz. Wraz z pojawieniem się smartfonów nastolatkowe zaczęli rzadziej chodzić na imprezy, do centrów handlowych. Jeden z moich rozmówców powiedział, że nie chodzi na imprezy, bo dzięki smartfonowi nie ma takiej potrzeby i się nie nudzi. Kiedyś ludzie się nudzili, dlatego częściej wychodzili z domu.”

    1. Mnie przekonywać nie trzeba. Obawiam się jednak, że nie dla wszystkich jasny jest negatywny wpływ nowych mediów na młodych ludzi. Mam wrażenie, że to trochę jak z ociepleniem klimatu. Większość środowiska naukowego jest zgodna, co do negatywnego wplywu antropocenu na środowisko in generale, ale i tak zawsze znajdą się tacy, którzy znają inne badania 🙁 Swoją drogą w temacie korzystania ze smartfonów przez dzieci i młodych bardzo gorąco polecam książkę „Wychowanie przy ekranie” Magdaleny Bigaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *