Nasze drzewko Jessego powolutku, pooowolutku rozkwita. Chociaż wypuściło pąki pod koniec adwentu, kwiat nie pojawił się ani w Wigilię, ani w Boże Narodzenie, ani nawet w Szczepana. Gałązka towarzyszyła naszej uroczystej kolacji i jest też na stole, gdy raz po raz w naszym domu pojawiają się goście „po kolędzie”. Będziemy też na nią spozierać podczas naszej domowej sylwestrówki z przyjaciółmi. Zakłady, czy zakwitnie na Nowy Rok zostały już obstawione.
To nasze „drzewko” w cudowny sposób przypomina mi, że na wszystko jest czas. I że to nie ja jestem panią czasu. Czas ma Pan Bóg i to on decyduje, co i kiedy nastąpi. Sączę sobie kawę i spoglądam na nierozwinięty pączek czereśni. Na przełomie nowego i starego roku wraca do mnie zdanie usłyszane podczas adwentowych rekolekcji. Prosta myśl, która szczególnie mnie poruszyła i towarzyszy przez całe święta. Każdy z nas może być jak Maryja. Ona karmiła się Słowem i Ono poczęło w Niej konkretny owoc. Każdy, kto słucha Słowa Bożego, przyjmuje je w siebie i pozwala, by wydało Ono konkretny owoc. W swoim czasie.
Sobie i Wam życzę, byśmy nauczyli się naszym czasom przyglądać z uwagą, wdzięcznością i spokojem. Niech w Nowym Roku na to jedno nie brakuje miejsca w naszych kalendarzach i na nieustannie wypełnionych po brzegi listach „to do” – na modlitwę. Jakakolwiek by ona nie była, niech będzie stała i konsekwentna. „Zwykłe” „Ojcze nasz” i „Zdrowaśki” to Słowo Boże przez tak wielu z nas tak bardzo oswojone i wszczepione w krwioobieg, że może aż za bardzo „swojskie”, a przecież Ono nieustająco zdolne jest zmieniać nasze życie i świat na lepsze. Nie potrzeba fajerwerków. Potrzeba nam tylko wiernej, pokornej i oddanej Miłości. Zdecydowanie się na tę drogę to najlepsze postanowienie, jakie można podjąć. W każdy czas 🙂

