Po kolędzie

30 minut. Tyle siedział u nas ksiądz po kolędzie w tym roku. I nie dlatego, że mieliśmy jakieś szczególnie dramatyczne sprawy do poruszenia albo że jesteśmy znajomymi, bo prawda jest taka, że praktycznie się nie znamy. Ksiądz M. widuje nas tylko od czasu do czasu w kościele parafialnym. „Od czasu do czasu”, ponieważ co niedziela bywamy na drugim krańcu miasta w naszej „parafii serca”, a w parafii miejsca zamieszkania” pojawiamy się raczej w tygodniu na adoracji czy jakichś nabożeństwach. 

Poświęcił nam pół godziny, trochę opowiadając o sobie, a trochę próbując nas poznać. Rozmawialiśmy też o kościele i o „dzisiejszej młodzieży” – i wiecie – była to szalenie budująca wymiana opinii. Bo jedna rzecz, którą rzuca się w oczy w naszej osiedlowej parafii, to to, że jest bardzo otwarta i pełna ludzi gotowych dzielić się swoim czasem i sercem. Także tych młodych. Ministrantów przy ołtarzu – tłum. I to nie tylko tych najmłodszych! Schola, oaza, duchacze, kółka różańcowe, charytatywne, ewangelizacyjne, biblijne, kręgi małżeństw, kręgi rodzin, dzieci maryjne itd. itp. … no naprawdę jest w czym wybierać, a całej tej duszpasterskiej machinie towarzyszy zaledwie 3 wikarych. 
Na pytanie, czy jest coś, co moglibyśmy dla niego zrobić? – usłyszeliśmy, że brakuje mu tylko czasu, bo chciałby towarzyszyć ludziom dłużej, więcej, głębiej, a obowiązków jest ciągle po prostu za dużo. Pomyślałam sobie wtedy, że – „wieczny brak czasu” – paradoksalnie w wielu domach mógłby okazać się tematem, który zbliża księdza i wiernych świeckich. Byleby tylko potraktować go jako szansę do okazania sobie wzajemnej empatii, a nie pretekst do wymówek.
 
Mnie osobiście bardzo ujmowało to, że Ksiądz M. ani przez moment nie dał nam odczuć, że się spieszy i już, zaraz musi biec do kolejnych osób. Zaskoczył się, gdy zaproponowaliśmy, żeby wpadł do nas kiedyś na kawę i że chętnie się bliżej poznamy. Najpierw zbył nasze słowa grzecznościowym „dziękuję”, ale potem, już przy samym wyjściu, rzucił, że może po feriach byśmy zaglądnęli do niego do zakrystii po mszy i ustalili jakąś konkretną datę. Ciekawe, jaką będzie miał minę, gdy rzeczywiście go któregoś wieczoru przydybiemy 😉 Taki mamy w każdym razie plan. Bo widzicie, jest we mnie bardzo głębokie przekonanie, że nie tyle dodatkowych godzin do doby, co zwykłych, normalnych serdecznych relacji ze świeckimi dzisiejszym księżom najbardziej potrzeba.
Fot. Pixabay

2 thoughts on “Po kolędzie

  1. Bardzo słuszna uwaga – jednak to księża powinni być uczeni, jak rozmawiać z ludźmi, by ich od siebie nie odpychać.
    Pozdrawiam.

    1. To my nie powinniśmy odpychać księży i traktować jak zło konieczne.
      Miałam zawsze wspaniałych proboszczów i mam dla nich wielki szacunek i serce. Mam 73 lata i same dobre doświadczenia z osobami duchownymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *