Do umiaru trzeba dorosnąć

Spadł pierwszy śnieg, do adwentu coraz bliżej, zarządziliśmy więc w domu pisanie listów do św. Mikołaja. Wczoraj w nocy ostatecznie nadaliśmy wszystkie 4 koperty, zostawiając przy okazji 5 cukierków, 2 marchewki i kubek mleka na parapecie naszego balkonu. Wszystko po to, by strudzony i zapracowany zaprzęg mógł nieco odsapnąć i ucieszyć się małym co nieco 😉

Ach, ten straszny Mikołaj

Tak. Nasze dzieci piszą listy do świętego Mikołaja. Mimo iż starszyzna dobrze wie, kto zostawia im w nocy z 5 na 6 grudnia paczki, to z uciechą wciąż wchodzi w fabułę i niestrudzenie pomaga młodszym braciom werbalizować na kartkach ich (rzekome – w przypadku naszego roczniaka) marzenia. Ponieważ nie robimy z Mikołaja bożka, to po prawdzie bez trudu udaje nam się w przedszkolnych latach unikać jawnych kłamstw. Pozwalamy dzieciakom snuć bajkowe marzenia i poszerzać wyobraźnię magicznymi fantazjami, dokładnie tak samo, jak pozwalamy im czytać o Kopciuszku, Tomciu Paluchu czy siedmiu Krasnoludkach. Na kłopotliwe pytania zawsze odpowiadamy: „Wiesz, trudno mi powiedzieć, jak wygląda/na czym jeździ/gdzie mieszka Mikołaj. Wiem tylko, że dawno, dawno temu był taki biskup, który jest rzeczywiście świętym i wyobraź sobie, że on….”. Tu następuje mniej lub bardziej barwna opowieść o przygodach biskupa Miry i zazwyczaj to wystarcza. W przypadku starszych dzieci pierwsza klasa podstawówki była tym momentem, w którym przyszły do nas i widzieliśmy, że chcą usłyszeć całą prawdę i tylko prawdę. Nie było żadnych szlochów i rozczarowań. Wręcz przeciwnie: poczuły rangę odpowiedzialności. Nie zabijaj niczyich marzeń. I z radością weszły w tę zabawę.

Przesyłka w drodze

Dzisiejszego ranka najmłodsze dzieci z radością stwierdziły, że listy zniknęły, a i poczęstunek został napoczęty. A my – po wysłaniu ich do placówek – oddaliśmy się fascynującej lekturze. Wiecie, co znaleźliśmy w skrupulatnie zapieczętowanych i bogato ilustrowanych przesyłkach?

Borys (9 lat) poprosił o paczkę czarnych długopisów, czekoladę kawową i pałeczki koncertowe do ksylofonu. Nadia (8 lat) marzy o małej laleczce, brokatowym piórniku i kalkulatorze. Miszka z kolei, nasz roczniak, którego pragnienia spisało starsze rodzeństwo, wymienił nowy bidon i skarpetki.

Ale zanim westchniecie z zachwytem (jacy oni niesamowici!)/jękniecie z przerażeniem (matko, co za kosmici) – wiedzcie, że jesteśmy jak najbardziej  normalną rodziną.

Iwan (5 lat) podyktował siostrze następującą treść swojego listu: „Kochany św. Mikołaju, będę wdzięczny za smartfon, laptop, 5 dużych zestawów lego m., pudło czekoladowych jajek-niespodzianek, miecz świetlny i taką magiczną kartkę, że jak coś narysuję, to to naprawdę będę miał”.

Co nam to wszystko mówi?

Że do umiaru trzeba dorosnąć 🙂

Zanim pochłonie Was black-szał

Nigdy nie miałam wątpliwości, że Pan Jezus był minimalistą. I absolutnie zgadzam się ze wszystkimi mądrymi treściami i manifestami anty-konsumpcyjnymi, jakie w tych dniach przelewają się przez kato-internet. Patrząc na listy swoich dzieci, czuje dumę, że potrafią same się ograniczyć. Bo to nie jest tak, że Nadia i Borys nie marzą o wielkich zestawach klocków czy nowych łyżwach. Ale coraz częściej z ich ust mimochodem pada: „Mamo, jak się tak zastanowię, to przecież wiem, że tego tak naprawdę nie potrzebuję”. Wiem, że to skumulowany efekt naszych rozmów i postaw, którymi żyjemy od początku ich narodzin. Jednocześnie wiem też i tego uczę nasze dzieci, że wiara nie oznacza, że w momencie chrztu czy komunii spływa na nas jakaś nieziemska moc, dzięki której od razu potrafimy zapanować nad naszym egoizmem, a hojność i altruizm wylewają się nam uszami. Cieszę się, że widzę, jak w niej wszyscy wzrastamy i bez wahania wołam na modlitwie: „Więcej! Daj mi więcej Ciebie i łaski życia na Twój sposób!”.

Minimalizm z gwiazdką

To wołanie oznacza dla mnie zgodę na niedoskonałość i proces. Nie wiem, czy chciałabym jak Pan Jezus „nie mieć, gdzie głowy oprzeć”. Daję sobie jednak prawo dążenia do tego ideału, wiedząc, że w chrześcijaństwie bez zachwytu nad wartościami, daleko nie zajadę. Tylko, że zachwyt nie bierze się sam z siebie. Trzeba i dojrzałości, i zrozumienia, by zachwycić się prawdami wiary i tym sposobem kochania Pana Boga, siebie i bliźniego, który proponuje On. Trzeba też pewnej wolności – a tę chrześcijaństwo daje nam aż w nadmiarze – by umieć iść za Jezusem bez kompleksów i wiecznego zamartwiania, czy „doskoczę” do miary mojego Mistrza. Nie doskoczę. Nie w tym życiu. Co nie znaczy, że mam osiąść na laurach.

Kiedy więc czytam raz po raz, żeby nie poddawać się konsumpcyjnemu szałowi, bo to nieewangeliczne i że najlepsze, co mogę dać moim dzieciom/bliskim to mój czas, to oczywiście, że kiwam zapamiętale głową. Tak, tak. Pełna zgoda. ALE… Ale każde życie jest inne i naprawdę łatwo, nam, katolikom, przytłoczyć się na własne życzenie. Może to trywialny przykład, ale z wielu różnych przyczyn nie jestem w stanie zabrać wszystkich moich chrześnic i chrześniaków na niezapomniany wypad do – dajmy na to – opery. Chociaż bardzo bym chciała spędzać z nimi więcej czasu. Tyle, że aktualnie nie jestem w stanie poświęcić nawet własnym dzieciom tyle czasu, ile bym pragnęła. Nasza doba ma tylko 24 godziny i nadal Pan Bóg nie rozdaje daru bilokacji na lewo i prawo. Jaki mam więc wybór? Mogę stawać na głowie i próbować robić coś, co w krótkim czasie prawdopodobnie mnie wykończy albo spróbować tym, których kocham/lubię podarować coś, co będzie symbolem mojej pamięci. Nie zawsze udanym, mam tego świadomość. Ale czy to naprawdę będzie dyskwalifikowało wartość tego daru, moje serce i zaangażowanie?

 

Fot. Pixabay

2 thoughts on “Do umiaru trzeba dorosnąć

  1. Był kiedyś film o historii postaci św. Mikołaja – najpierw świętego z Turcji, potem w średniowiecznych Niderlandach, a dalej w USA w XIX i XXw. Myślę, że opowiedzenie takiej historii jest najlepsze – o wiele lepsze od kombinowania, ile jest reniferów w zaprzęgu i czy jedzą ciastka.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *