Po wyborczo

„Rozumiecie, co znaczy słowo >kompromis<?” – zapytałam przy obiedzie, zmęczona trajkotaniem dzieci, które rozemocjonowane relacjonowały nam Dzień Po Wyborach w szkolnej rzeczywistości. Bardzo chciałam dojść już do jakiejś konkluzji, która pozwoli mi przełknąć w spokoju ciepłego brokuła. „Ja wiem! Ja wiem!” – wyrwał się do odpowiedzi 5-letni Iwanek. „O, słuchamy. Co to znaczy, synku?” – zapytałam żywo zainteresowana, bo akurat on do tej pory wymownie milczał. „No, w przedszkolu na przykład kompromis jest wtedy, kiedy ja oddam trochę tych zabawek, co chcę i Kazik odda trochę tych zabawek, co on chce. Wtedy każdy oddał, ale mamy wspólne zabawki, którymi możemy się pobawić, a się o nie nie kłócić” 🙂

Rodzic może wiele

Wybory w ostatnim miesiącu były dość często poruszanym tematem przy naszym rodzinnym stole. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że wbrew stereotypom, Polacy potrafią o polityce rozmawiać w spokoju, z ciekawością i wzajemnym szacunkiem do siebie. Przynajmniej dopóki są dziećmi … 😉 Chociaż wymaga to – moim zdaniem – rodzicielskich działań w co najmniej dwóch obszarach. Po pierwsze, uznania, że dziecko słucha i słyszy, co frapuje rodziców, a następnie wzięcia odpowiedzialności za to, że edukacja obywatelska odbywa się przede wszystkim w domu, a nie w szkolnych murach. Więc, jeśli chcemy merytorycznych debat, spokojnych dyskusji i świadomych wyborców, to nikt dzieci lepiej od nas, rodziców, tego nie nauczy. Pytanie tylko, czy my, dorośli, potrafimy spojrzeć na własne zachowanie z dystansem i krytycznie.

Problem z dyskotekami
Dyskusje okołowyborcze z dziećmi zaczęły się u nas od uzyskania czynnego prawa wyborczego w wyborach do szkolnej rady uczniowskiej przez naszego najstarszego syna, Borysa. Od września co rusz przynosił nam wieści ze szkolnej kampanii wyborczej i dzielił się swoimi wątpliwościami. Kandydatów było trzech, niestety wszyscy wśród postulatów mieli obietnicę przeprowadzenia co najmniej 4 dyskotek w roku, co całkowicie dyskryminowało ich w oczach naszego Pierworodnego 😉 Problem ten pozwalał nam jednak wypłynąć na szerokie wody rozmów o wyzwaniach demokracji i o bolączkach współczesnych kampanii wyborczych. Ostatecznie nasz syn oddał głos na kolegę z szóstej klasy, rozsądnie argumentując, że on, czwartoklasista, łatwiej się dogada w swojej sprawie z kimś bliższym wiekowo, a poza tym ten wybór daje koledze szansę na „przeprowadzenie gruntownych reform w perspektywie więcej niż jednej kadencji”.
Jego postawa i poważne podejście do tematu spotkało się z różnymi reakcjami kolegów: od współdzielenia zaangażowania do wyśmiewania. My cieszyliśmy się z jego dojrzałego zachowania i skwapliwie wykorzystywaliśmy to wydarzenie, by podsycać w nim poczucie własnej wartości i świadomość wagi pojedynczego głosu. Do głosowania poszedł jako jeden z nielicznych ze swojej klasy.

Wychowanie do dialogu
Wybory parlamentarne zawitały pod nasz dach niedługo potem, gdzieś w połowie września. Zaczęło się od tego, że Borys zapytał, co znaczy „debile”. Zapytał też o inne określenia, ale na tyle wulgarne, że nie będę ich tutaj przytaczać. Okazało się, że w klasie trwały zażarte spory zwolenników różnych partii. Sęk w tym, że dyskusje te nie tyle dotyczyły kwestii merytorycznych, co odzwierciedlały język i stan debaty politycznej w Polsce. W miejsce argumentów, rzucanie obelgami. A im bardziej wymyślne i nasycone pogardą, tym lepiej. Krótko mówiąc – dzieci rozmawiały ze sobą językiem dorosłych. Niby żadne zaskoczenie, ale jednak smutne.
Sami do dnia wyborów nie powiedzieliśmy własnym dzieciom na kogo będziemy głosować. Nie chcieliśmy, by dołączali swoje trzy grosze do klasowych przepychanek, papugując nasze poglądy i podsycając temperaturę sporów, nie mając jeszcze wystarczającej wiedzy, by zrozumieć skomplikowanie niektórych zagadnień. Wykorzystywaliśmy za to wszystkie ich pytania i wątpliwości, by uwrażliwiać na język toczonej dyskusji, niuanse związane z procesem wyborczym i wyzwania kampanii wyborczej. Było nam łatwiej, ponieważ w domu nie mamy tv, a popołudniami, gdy nasze życie toczy się w czterech ścianach, nie bzyczą nam ani internetowe, ani radiowe wiadomości. To odcięcie, pozwalało złapać dystans i skoncentrować się na tym, co i jak (!) rodzic mówi.
A my mówiliśmy im dużo o tym, dlaczego jesteśmy wdzięczni za życie w demokratycznym kraju, o wolności, która wiążę się z odpowiedzialnością i o konieczności uważnego słuchania i nieoceniania bliźnich, która jest podstawą wszelkiego dialogu. Widzieli też nas, jak przeglądamy ulotki wyborcze, słyszeli nasze komentarze do nich, obserwowali nasze osobiste dylematy związane z ustaleniem, na kogo zagłosować.

Pajdokracja
Dzień przed wyborami parlamentarnymi Borys oznajmił, że gdyby on mógł głosować, to wybrałby kandydata X. Na pytanie dlaczego właśnie tego, stwierdził, że przemawiają do niego niemal wszystkie argumenty zawarte w ulotce, którą przeczytał. No, oprócz tego o dentystach w każdej szkole, ale trudno, jest w stanie przeboleć ten postulat 😉 Z kolei Nadia, uczennica pierwszej klasy, chciała zagłosować na pewnego pana, który (zupełnie przypadkowo) nosi dokładnie to samo nazwisko, co jej ulubiona nauczycielka w szkole. Nie muszę chyba dodawać, że były to zupełnie inne typy niż te, którym my, rodzice, ostatecznie zdecydowaliśmy się udzielić naszego poparcia.
Cieszyliśmy się, że są żywo zainteresowane tematem i że pracują w nich nasze nieustannie powtarzane komunikaty: „twój głos ma znaczenie”, „ludzie mają prawo myśleć inaczej niż ty”, „należy mieć własne zdanie i szanować zdanie bliźniego”, „inwektywy są złe”, „słuchaj i pytaj, bo masz prawo do wątpliwości” itd. itp. Szczęśliwie, mają dopiero po kilka lat, jeszcze nie muszą rozumieć wszystkich zawiłości. Grunt, że chcą je zrozumieć i zaangażować się w świat, w którym funkcjonują.

Nie wykład, a przykład
Na ogół nasze dzieciaki bardzo doceniają sposób, w jaki tłumaczę im świat. Ale przyznam, że metoda d’Hondta mnie pokonała 😉 Próba wyjaśnienia niuansów polskiej ordynacji wyborczej naszej ośmiolatce spełzła na niczym i Nadia po którymś z moich wykładów westchnęła z emfazą: „Czemu to życie jest takie skomplikowane?” i zostawiła temat w spokoju. Ale nasz prawie-dziesięcioletni Pierworodny nie dawał zbyt łatwo za wygraną 😉 W miniony weekend czułam ogromną dumę z nas, Polaków. Bo choć jestem przekonana, że pierwsze lekcje edukacji obywatelskiej i wychowania do dialogu odbywają się w zaciszu domowym, to nic tak nie działa na wyobraźnię małego człowieka jak egzamin. Ten zaś zdaliśmy jako społeczeństwo wszyscy – rekordowa frekwencja pokazała, że doceniamy ten przywilej, jakim jest prawo głosu i potrafimy się zaangażować. Jestem pewna, że w pamięci moich dzieci nie tyle zostanie wrzucanie karty wyborczej do urny, co rozpromieniona twarz rodziców, którzy, stojąc w kolejce na przenikliwym ziąbie, z entuzjazmem trajkotali: „Zobacz! Zobacz, ile ludzi! Coś wspaniałego!”.

 

Fot. Pixabay

4 thoughts on “Po wyborczo

  1. Szkoła Borysa – super! Oby więcej takich.
    A na prawach dygresji…
    Pamiętam, jak moja Zuzia poznała słowo „debil”. W dobrych okolicznościach (wiem, brzmi to paradoksalnie). Z książki Moniki Krajewskiej „Mój młodszy brat” (polecam!), gdzie dziecięca narratorka, też Zuzia, po raz pierwszy spotyka się z tym słowem – kolega z klasy nazywa tak jej braciszka z zespołem Downa.

  2. Świetny artykuł i świetne podejście.
    Chociaż na słowo „kompromis” przypomniał mi się ksiądz z „Rancza”, który rozsądził sprawę tak, że nikt nie był zadowolony i uznał to za dowód swojego sukcesu.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *