Twórzmy klimat dla życia

Patrzę na wiadomości z kraju. Ministerstwo zdrowia informuje, że cokolwiek Prezydent nie zrobi (podpisze ustawę czy nie), tzw. pigułka „dzień po” będzie dostępna w aptekach od maja. Od czerwca z kolei wraca refundowanie procedury in-vitro. To dobra ilustracja paradoksu, którym od dłuższego czasu żywią nas media i politycy. Najpierw skupmy się na uśmiercaniu, potem podkreślmy, że jesteśmy za życiem, a głosy wyrażające jakiekolwiek wątpliwości, a już zwłaszcza te pochodzące od ludzi wierzących, ignorujmy i deprecjonujmy.

Wrocławskie media lokalne, wpisując się w ten trend, wzięły ostatnio na celownik dyrektorkę jednego z największych tutejszych szpitali. Główny zarzut? Sprowadziła do szpitalnej kaplicy relikwie Ulmów i „niektórym pracownikom nie podoba się jej przesiąknięte religijnością podejście do leczenia”. Koronny dowód? Liczba aborcji spadła niemal do zera. To nic, że nigdzie nie odnotowano, by jakiejkolwiek kobiecie odmówiono terminacji ciąży zgodnie z obowiązującym prawem. Grunt, że statystyka jest jaka jest i można ją swobodnie połączyć z poglądami Pani Dyrektor. Co gorsza! Za jej kadencji na oddziale ginekologiczno-położniczym zmniejszyła się liczba cięć cesarskich oraz leczniczych procedur zakładania wkładek antykoncepcyjnych. Jest więc jasne, że to wszystko ma związek z wyznawaną przez Panią Dyrektor wiarą – o czym zapewniają, oczywiście anonimowo, owi „niektórzy” pracownicy.

Tego typu efekty pracy dziennikarskiej budzą we mnie szczery gniew. Niby już się przyzwyczaiłam, że dominującą taktyką medialną jest obecnie „rzuć oskarżenie, podpal, podziel, wywołaj negatywne emocje”, ale mimo wszystko wciąż boli mnie ten beztroski brak odpowiedzialności za słowo i szukanie tanich sensacji.

Tak się składa, że moja historia macierzyńska jest z opisywanym w mediach szpitalem mocno związana, bo to właśnie tam przyszło na świat troje z czwórki naszych dzieci. Na przestrzeni dziesięciu lat, miałam okazję na własnej skórze doświadczyć niesamowitej ewolucji podejścia do pacjentki i malucha, jaka się w tym miejscu dokonała. I to nie tak, że w 2013 r., kiedy po raz pierwszy trafiłam tam na oddział patologii ciąży, a potem na porodówkę, to zostałam potraktowana wyjątkowo traumatycznie. Nie. Ale jako kobieta, pierworódka, niedoświadczona matka, która przez 9 miesięcy karmiła się lekturami o dobrodziejstwie porodów naturalnych i karmienia piersią, nie bardzo potrafiłam odnaleźć się w systemie, który zachęcał do „szybkiego i bezpiecznego rozwiązania ciąży”, a noworodka z zasady dokarmiał. Opłacanie „cegiełek” i „czatowanie” na dostępność sali porodów rodzinnych/ordynatora/dyrektora, już nie wspominając o bezskutecznych próbach otrzymania pełnej, zrozumiałej informacji o planowanych czy dokonywanych procedurach medycznych na moim ciele – też nie budowało we mnie jakiegokolwiek komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Czułam się zagubiona i bezsilna. Dziesięć lat później, w tej samej sytuacji (choć oczywiście z większym życiowo-matczynym doświadczeniem) przecierałam oczy ze zdumienia: od momentu wejścia na porodówkę czułam się otoczona ludźmi, którzy dbali o to, bym jak najmniej cierpiała, a moja więź z dzieckiem i potrzeba intymności były możliwie najszerzej respektowane. O nic nie musiałam walczyć. Wszystko dostawałam pod nos. „Co tu się wydarzyło?!” – huczało w mojej głowie.

Nie znam osobiście Pani Dyrektor wspomnianego szpitala, nie miałam też okazji natknąć się na nią podczas mojego ostatniego pobytu na oddziale położniczym. Widziałam jednak świetny, zaangażowany, profesjonalny zespół lekarek i położnych, który pracował z oddaniem tak, by zarówno mama, jak i dziecko były możliwie najlepiej zaopiekowane. Jeśli dyrekcja zawiaduje sprawami kadrowymi, to mogę napisać tylko tyle, że stworzyła tam miejsce, w którym personel naprawdę jest oddany życiu i pacjentkom. Krótko mówiąc: właściwi ludzie, na właściwym miejscu.

Te z nas, które chcą mieć dzieci i chcą rodzić (a śmiem twierdzić, że to wciąż jest spora rzesza kobiet) – na ogół przede wszystkim szuka wsparcia. Kanały parentingowe i kobiece puchną od wskazówek rodzicielstwa bliskości, zaleceń, jak zorganizować poród domowy, jak wspierać matki, jak pielęgnować noworodki i od etapu prenatalnego dbać o ich komfort psychiczny. Dlatego naturalne jest, że kiedy jesteśmy w ciąży i jednak nie widzimy dla siebie przestrzeni do rodzenia w mieszkaniu w bloku, to szukamy innych miejsc. Najczęściej szpitali. Pytamy, gdzie można rodzić tak, żeby czuć się jako podmiot, a nie przedmiot, gdzie się bez problemu dostanie znieczulenie, gdzie personel szanuje pacjenta, gdzie realnie wspiera się karmienie piersią, gdzie kładą nacisk na system rooming-in, gdzie jest rzeczywista pomoc fizjoterapeuty, psychologa, gdzie mają pokoje do porodów rodzinnych użytkowane, a nie prezentowane na pokaz w folderze itd. itp. Od 2022 r. kiedy któraś z ciężarnych koleżanek zadaje takie pytania mnie, bez wahania polecam jej „mój” szpital, podkreślając za każdym razem, jak wielką ewolucję na plus przeszedł tamtejszy oddział ginekologiczno-położniczy.

Nie mam wątpliwości, że w tak dużych placówkach nie da się stworzyć warunków domowych i że personel, który tam pracuje, tez bywa tak po prostu po ludzku różny. Mogłabym jednak godzinami opowiadać o pozytywnych doświadczeniach mojego ostatniego porodu tam, bo wiem, że to takich historii kobiety potrzebują dziś słuchać. Dziennikarsko-polityczna hipokryzja, która pod płaszczykiem troski o prawa kobiet karmi nas tylko i wyłącznie traumatycznymi historiami z porodówek, jedyne co robi naprawdę skutecznie, to ograbia nas z poczucia bezpieczeństwa i zaufania do samych siebie i innych. I w moim odczuciu to też jest jedna z przyczyn niskiej dzietności w Polsce. Dobro bardzo łatwo zapluć, skopać i zniszczyć. Życie bardzo łatwo odebrać. Jeśli chcemy zmienić statystyki demograficzne w naszym kraju, to zadbajmy, by o tym, co dobrego dzieje się w szpitalach położniczych, głosić wszem i wobec. Póki co w tym aspekcie na dziennikarzy i polityków raczej nie ma co liczyć.

 

Fot. Pixabay

 

9 thoughts on “Twórzmy klimat dla życia

      1. Bo tak się zastanawiam… Przykład pierwszy z brzegu. Przwica, która jest na szczytach władzy, przez tyle lat ciągnie bajeczkę o zamachu w Smoleńsku. Powołano komisję, na ktorą poszły miliony złotych. Lansuje się kompletne bzdury. A to są ludzie, którzy odwołują się do Boga. Czy ktoś z katolików – biskupi, księża – mówią że ludziom wierzącym nie przystoi kłamać? Wyrzucać pieniędzy w błoto? Ktoś, kto ceni prawdę, przede wszystkim sam nie powinien kłamać. Osoba wierząca nie powinna tolerować kłamstw najpierw u „swoich”, wierzących, a potem u innych.

        Milczenie ludzi Kościoła w tych sprawach jest bardzo wymowne. Mnie to przerasta.

        1. Niestety Pan Bóg w swej szalonej Miłości do człowieka od samego początku pozwala mu wycierać Sobą twarz. Sama dość często pytam Go: „Ty widzisz i nie grzmisz?”, ale z pokorą przyjmuję, że nie do mnie należy osądzanie innych. Jedyne za co jestem w pełni odpowiedzialna, to moja osobista wiara i postawy z niej wynikające. Sama mam doświadczenie Kościoła, który upomina się o życie w prawdzie. Co nie znaczy, że nie bolą mnie błędy czy obłuda tych, którzy powinni być wiary-godni.

        2. Skala milczenia bywa porażająca w wielu sprawach. Myślę natomiast, że nie w porządku jest przyganiać Autorce konkretnego artykułu (bo odczytuję to jako zakamuflowaną przyganę, czy błędnie?), że pisze o jakiejś sprawie, a nie pisze o jakiejś innej. Od razu przypomniała mi się książka Anny Dymnej – Dymna wspominała, że wielokrotnie zarzucano jej, że nie a nic ją nie obchodzą… no na przykład chorzy na raka, albo wymagający dializ, albo ktokolwiek jeszcze, kto należy do innej kategorii niż ta konkretna, którą zajmuje się fundacja Anny Dymnej. To już chyba wariactwo.

          1. Panią Annę cenię za to co robi, jak i każdego, kto usiłuje robić coś dobrego.

            Z mojej strony jest to próba nawiązania jakiejś głębszej dyskusji. Bo tak zrozumiałem, że ten cały wywód autorki wziął się stąd, że zabolał ją sposób, w jaki został przedstawiony ten szpital. Cóż, różnych ludzi różne rzeczy bolą. Zależnie od tego, po której są stronie barykady. Katolicy chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo po tej drugiej stronie boli to, co wyprawia Kościół wraz z prawicą. Oni gdyby mogli, wsadziliby was wszystkich na statek i wywieźli na bezludną wyspę. Bo każdego dnia czują się przez was unieszczęśliwiani. Rozumiem, szlachetne idee… Po drugiej stronie też, tylko że tamci ludzie nie siedzą w katolickiej bańce.

  1. Mam nadzieję, że „po obu stronach barykady” jest sporo ludzi, którzy nie tkwią z bańkach… a tym samym, nie wpisują się – nie chcą się wpisywać – w taki wojenny podział.
    Trochę natomiast nie zrozumiałam, kto kogo chętnie by na ten statek… Ale niezależnie od tego, której strony to dotyczy – jest w tym jakieś odwieczne ludzkie złudzenie, że pośród „samych swoich” będziemy wreszcie spokojni i szczęśliwi. W mądrościach Ojców pustyni jest opowiastka o człowieku, który życie pośród „samych swoich” zrealizował najbardziej konsekwentnie, został pustelnikiem. I wtedy odkrył, że niestety, nawet własne towarzystwo to zbyt wiele.

    1. Ogólnie rzecz biorąc – ludzie zdają sobie sprawę że potrzebują siebie nawzajem. Potrzebują się wspierać.

      Ale oprócz nich jest jeszcze kategoria ludzi która potrzebuje wroga. Nawet jeśli go nie ma, oni sobie go stworzą. Swoją tożsamość budują nie na tym, co dobre, tylko na opozycji do wroga. Będą szafować wielkimi słowami – Bóg, Ojczyzna, no i oczywiście – wróg. Wróg będzie czaił się wszędzie. To są ludzie którzy niszczą innym życie.

  2. Problem w tym, że hierarchowie postawili na ludzi którzy nie umieją inaczej rządzić niż wprowadzając chaos, nienawiść. To musiało skończyć się tym, co widać teraz. Ta nowenna o pojednanie, którą Kościół teraz odprawia, to takie biadolenie nad skutkami swoich własnych decyzji.

    Czy ochrona życia poczętego warta jest tego? To takie otwarte pytanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *