Wielkanocny kompas

Mijający Wielki Post kolejny raz przeorał moje myślenie. Zaskoczył i poprowadził mnie nie tam, gdzie się spodziewałam. To było bardzo dobre doświadczenie – dla mnie, miłośniczki stabilizacji, świętego spokoju i gruntownego planowania (okazało się, że Pana Boga wciąż lubię sobie zaplanować, a jakże!). W każdym razie miałam poczucie duchowej łączności z apostołami, którzy pewnie do samego końca wierzyli, że TO wszystko NIE będzie wyglądać TAK, jak wyglądało.

Zaczęło się niewinnie. Na początku Wielkiego Postu usłyszałam pytanie: „A czy ty zapytałaś Pana Boga, czego On od Ciebie chce w te najbliższe 40 dni?”. Przygotowałam się solennie do tego okresu, więc założyłam, że jak się pochwalę, to dostanę laurkę. Zadałam je więc i … usłyszałam zupełnie nie taką odpowiedź, jak się spodziewałam. Na początku nie byłam pewna, ale im częściej pytałam („Ale serio, Boże? Nie chcesz więcej modlitwy? Nie chcesz postu od informacji? Nie chcesz jałmużny czasu?”), tym dobitniej słyszałam: „Nie, Kochana Agusiu, nie. Chcę czegoś innego. Chcę…”. No i co było zrobić. Trzeba było iść za głosem w sercu. Potem było momentami wzruszająco (jak w Wielki Czwartek), momentami trudno (jak w Wielki Piątek), a teraz doświadczam błogosławieństwa CISZY i oczekiwania.

Co mi to pokazało? Że bardzo łatwo zapomnieć, że Bóg to OSOBA. I do tego wcale nie taka, która mieszka na końcu kosmosu i w zasadzie – dopóki nie zamordujesz sąsiada albo nie oszukasz szefa w pracy – to nie interesuje jej Twoje zwyczajne, przeciętne życie. Nie, nie. Jest zupełnie inaczej. Bóg chce być z nami tak blisko, jak to możliwe. Zawsze. Ciągle. W każdym momencie. Jest naszym Stworzycielem, ale jest też naszym Tatą i Przyjacielem. Robi wszystko, by nawiązać i utrwalić z nami WIĘŹ, ale do tego tanga trzeba dwojga. I świadomości, że Bóg to nie COŚ, a KTOŚ. I choć jest Miłością – a Ta, ze swej istoty zawsze hojna, bezinteresowna i wszechogarniająca, chce przeniknąć każdą chwilę naszej codzienności – to ta MIŁOŚĆ ma TWARZ. Jeśli nie znajdziesz czasu na wpatrywanie się w Nią, na spotkania oko w oko, na prawdziwy dialog, nie utrwalisz fundamentu, na którym możesz budować prawdziwe szczęście. Prawdziwe, bo przesycone światłem wieczności.

W te święta życzę Wam więc przede wszystkim czasu – ciszy i milczenia. Czasu, choćby niedoskonałego, choćby przerywanego rozczarowaniami, zmaganiami i niewygodną, czasu nie takiego, jak sobie wymarzyliśmy, ale takiego, jaki Pan nam da. Ciszy, by uspokoić nasze „musizmy”, „chciejstwa” i „mojezdaństwa”. Takiej, która pozwoli zaczerpnąć oddechu i da przestrzeń potrzebną, by się z kimś (i KIMŚ) naprawdę spotkać. Milczenia przed każdym wypowiedzianym Słowem i życzeniem. By miało ono swoją wagę. By zrobić miejsce Drugiemu. By uwrażliwić się na szept Dobra. Na słowa pojednania. Na wyznania prawdy, które nigdy nie odbywają się w świetle jupiterów, ale zazwyczaj w zaciszu domu, we łzach bezbronności. Czas Świętego Triduum jest dla nas. Nie bójmy się Bogu zadawać niewygodnych pytań, ale zadbajmy, by miał okazję nam odpowiedzieć.

Przy odrobinie wysiłku może to właśnie nam się uda być tym zającem, który jako pierwszy zobaczył Pana Jezusa wychodzącego z grobu? Jezus nie zwoła konferencji prasowej przy grobie. Nie wrzuci posta na facebooku. Nie utworzy wydarzenia. Nie będzie polemizował, wyśmiewał ani puszył się jak paw przed człowiekiem, który wciąż i wciąż daje się ubabrać złemu. Jezus przyjdzie dyskretnie i odezwie się do każdego z nas w najczulszy ze sposobów. I niech to spotkanie naprawdę zacznie w nas nowy etap, nowe życie. Niech Święta nie będą końcem, a początkiem. Lepszego, pełniejszego i spokojniejszego życia. On pokazuje, że można. Trzeba Go tylko spotkać, a potem trzymać wzrok utkwiony w Nim jak w kompas.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *