Potrzeba ciszy i spotkania

Na ulicach, w naszych domach, w Kościele, w internetach, w mediach, w nas – wrze. Wrze i we mnie. Wielu ludzi wyraziło już na temat wyroku TK i obecnych protestów swoje zdanie, z którym w dużej części się utożsamiam. Podpisałabym się spokojnie ot, choćby pod tekstami: o. Kramera, Pawła Kołodziejka, Ruttki, Kasi Kurickiej czy Piotrka Żyłki. I – szczerze mówiąc – miałam nic nie pisać akurat w tym temacie.

Potrzeba ciszy

Bo – moim zdaniem – niczego teraz tak bardzo nie potrzebujemy jak ciszy. Rozumiem wykrzyczaną frustrację, złość, gniew protestujących. One w wielu przypadkach płyną z poczucia krzywdy i bezsilności. Co nie zmienia faktu, że te wszystkie przejawy agresji, zachęty do apostazji, wulgarne zachowania (zwłaszcza w świątyniach!) napełniają mnie ogromnym bólem i smutkiem. I strachem. Dokąd to wszystko doprowadzi…

Modlę się o ciszę w naszych sercach. W zgiełku nakręconych emocji bardzo łatwo jątrzyć otwarte rany, krzywdzić i poniżać. Siać nienawiść. Dzielić i manipulować. Rewolucja jest tuż za zakrętem, ale ona wcale nie przyniesie nam dobra. Ani jednej, ani drugiej, ani trzeciej stronie. Każda rewolucja niesie ze sobą krzywdę i płacz niewinnych. Tych, którzy nie mają ani siły, ani okazji, by krzyczeć. Bo zło można tylko dobrem zwyciężać. I – gdy przeczytałam ten komentarz Piotra Żyłki – właściwie nie było zdania, z którym bym się nie zgodziła. Zabrakło mi tylko jednej konstatacji. I stąd ten wpis.

Potrzeba uznania, że Kościół jest powszechny

Od tegorocznej Wielkiej Nocy bardzo mocno pracuje we mnie myśl, że jestem Panu Bogu ogromnie wdzięczna, że Kościół ustanowił na Piotrze, a nie na umiłowanym, doskonałym Janie. To daje mi wiarę, że Kościół to miejsce nie tylko dla idealnych, lecz także dla tych popapranych. Że mieszczę się w nim ja, moi Bliscy, moi Dalsi, Ci, którzy mnie szczerze nie cierpią i dla których moje poglądy to ciemnogród/fanatyzm/liberalizm/lewactwo/wpiszcie sobie, co chcecie w zależności od strony internetu, w której jesteście oraz Ci, za którymi nie przepadam ja. Osobiście jestem głęboko przekonana, że dzięki Jezusowi Chrystusowi Kościół jest to miejsce i dla pobożnej Stanisławy, i krnąbrnego Jacka. Dla przykładnego Stefana i wyuzdanej Elżbiety. Dla nudnego biskupa i charyzmatycznego zakonnika. Dla świętego i dla złoczyńcy. Dla każdego. Chrystus ustanowił Kościół na zdrajcach, gwałtownikach, mordercach. Na takich jak my. NIEDOSKONAŁYCH. GRZESZNYCH. I ta grzeszność jest w nasz Kościół wpisana. I z nią musimy sobie radzić.

Dlatego, gdy czytam rozmaite wypowiedzi Ludzi Wiary dotyczące obecnej sytuacji, wytłuszczenia jednej refleksji mi brakuje. W Kościele na ziemi niestety nigdy nie było pełnej jedności (nie mówiąc już o jednolitości). Nawet w tym cudnym, wielkoczwartkowym Wieczerniku zdarzył się Judasz. A potem – jak czytamy w Dziejach Apostolskich – szybko jedni stali się Kefasa, jedni Apollosa, jedni Pawła… Tak jak dziś – jedni są radiomaryjni, jedni jezuitów, jedni dominikanów itd. itp. Jedni są ortodoksyjni, jedni umiarkowani. Tyle, że to ciągle jest jeden, święty, powszechny Kościół. Święty, nie znaczy idealny. Święty świętością Jezusa-Boga, czyli nieustannie uświęcany i wzywany do nawrócenia.

Brakuje mi więc w obecnych głosach takiej jednej, prostej refleksji: w świetle naszej wiary zarówno protestujący, jak i obrońcy kościołów, zarówno biskupi, jak i politycy od lewa i prawa, zarówno słuchacze ojca Szustaka, jak i fani ojca Rydzyka – my wszyscy jesteśmy jednym Kościołem. I Bóg każdego z nas kocha tak samo i każdego z nas wzywa po imieniu do nawrócenia.

Czy boli mnie obecna sytuacja w Polsce? Boli. Boli cholernie. Czuję się, jakby z jednej strony z pogardą patrzyli na mnie ci, z którymi regularnie praktykuję wiarę, jak i ci, którzy Kościół utożsamiają z instytucją opresywną i siedliskiem wszelkiego zła. Niewielu próbuje zrozumieć i uszanować moje przekonania. Moją wiarę. Moją wrażliwość. Nie czuję się rozumiana ani przez jednych, ani przez drugich. Często więc w ostatnich dniach modlę się do Taty: „Jak żyć? Jak wnosić pokój? Co robić, by Twoja, a nie moja wola się działa?”.

Potrzeba nawrócenia

To, co słyszę przede wszystkim, to: „Kocham Cię”. „Zaufaj Mi. Ja JESTEM”. I to daje mi siłę i ufność, że koniec końców Dobro/Bóg zawsze zwycięży. Ale zaraz po tym wybrzmiewa donośne: „Nawracaj się!”. Nawracaj się – Ty, nie – inni. Patrz na siebie, na swoją obłudę, pychę, egoizm i pracuj nad tym. Dostrzegaj wszystkie piedestały, na które próbujesz się wdrapać, wszystkie te miejsca, gdzie próbujesz zbawiać świat i zrozum wreszcie, że to nie Ty, a Bóg ma moc, by leczyć, uzdrawiać, naprawiać świat. Ćwicz się w pokorze, w cichości, w uległości. „Zbawianie świata zostaw Mnie!”. Moc w słabości się doskonali. Moc Ewangelii jest niepokonana, ale nie siłą ludzkiego pomyślunku, lecz potęgą Miłości, która oddaje życie za innych. „Módl się o to, by być MOIM narzędziem”.

Potrzeba dialogu

Słyszę też wyraźnie, by dzielić się z innymi tym, co dobrego w Kościele doświadczam. Bo tego niewiele przebija się do mainstreamu. A przecież nie jest tak, że w Kościele jestem, bo mnie tak wychowano. Jestem w tym, a nie innym miejscu, bo tak zdecydowałam, bo tak mi każe serce, sumienie, rozum… Bo wiem, że tu jest moje miejsce i tu mogę doświadczyć Dobra. Bo tu jest ON. On, który jest Życiem.

Jednym z takich skarbów, które otrzymałam dzięki byciu we wspólnocie Kościoła, jest duchowość dialogu. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wiele dobra w obecnej sytuacji dałoby, byśmy z poziomu gadania, biadolenia, utyskiwania, wrzeszczenia – spróbowali ze sobą wreszcie dialogować. Bóg mi świadkiem, że to nie jest łatwe. Dialog, czyli rozmowa, w której jest zachowane pierwszeństwo słuchania przed mówieniem, rozumienia przed ocenianiem, dzielenia się przed dyskutowaniem, a nade wszystko przebaczania – w małżeństwie nie jest w praktyce ani prosty, ani oczywisty. Co dopiero w społeczeństwie! Ale z własnego doświadczenia wiem, że właśnie takie praktykowanie rozmawiania z bliźnim może pomóc zatrzymać się we wzajemnym okładaniu Jedynymi Słusznymi Prawdami i Poglądami.

Wyobraźcie to sobie… Nagle zamykamy usta, by wysłuchać do końca to, co mają do powiedzenia nasi adwersarze. Nie przerywamy im, nie zakładamy, że wiemy, jakie mają argumenty, co chcą powiedzieć, nie wtrącamy im naszych prawd i osądów. Dajemy się po prostu wypowiedzieć do końca. I słuchamy!

Milczymy i staramy się usłyszeć to, co drugi człowiek chce nam powiedzieć. Usłyszeć i zrozumieć. Nie – ocenić. Próbujemy wejść w czyjeś buty, wczuć się w jego świat, w jego lęki, obawy, frustracje. Dopytujemy o wszystko, co da nam wgląd w sposób, w jaki nasz brat/siostra/po prostu: bliźni – widzi otaczający go świat.

Zanim wejdziemy w dyskusję, mówimy o naszych uczuciach, o naszym postrzeganiu rzeczywistości, wyznawanych przez nas wartościach. Spokojnie. Bez krzyku. Wszystko po to, by zamiast bezowocnego przerzucania się na jedynie słuszne argumenty, otworzyć przed drugim swoje serce i powiedzieć mu jasno i wyraźnie o swoich pragnieniach, potrzebach, lękach, nadziejach i wyznawanych wartościach. By dać mu siebie. Bezbronnego. Ufnego. Otwartego.

A przy tym nade wszystko jesteśmy gotowi wybaczyć. Wybaczyć to, że Inny jest inny, że ma inne doświadczenia, inne potrzeby, inny sposób postrzegania rzeczywistości i inną historię dźwiganą na swoich barkach. Wybaczyć i przyjąć, że ten Inny jest kochany w dokładnie ten sam sposób jak ja.

No, ale, pamiętajmy, jesteśmy gotowi wybaczyć tylko wtedy, gdy sami mamy świadomość, jak wiele nam wybaczono. Tu wracamy więc do nieustannej potrzeby nawracania.

Potrzeba spotkania osób

Wiem, to wszystko brzmi idealistycznie. Gdybym dialogu zgodnie z tymi zasadami nie stosowała od 13 lat w małżeństwie, to pewnie też bym miała takie wrażenie. Że to takie jakieś dziwne, banalne i niepraktyczne. Wiem jednak, że można, że da się wcielać tę duchowość w życie. Że da się dialogować z człowiekiem zupełnie innym ode mnie i że taka rozmowa buduje świat: zgody, pokoju i Miłości. Taka rozmowa przynosi pokój, zrozumienie i wzmocnienie. Pozwala żyć obok siebie ludziom często diametralnie różnych charakterów i temperamentów. Czyż nie tego teraz w Polsce potrzebujemy jak tlenu?

Jest tylko jeden warunek. Wokół potrzeba ciszy, spokoju, obopólnej woli, pragnienia, by zostawić to, co niszczy, co zżera… W medialnym zgiełku, otoczony internetowym kokonem świata tylko Twoich wartości i poglądów – tego nie osiągniesz.

Myślę, że gdyby z dala od krzyków protestujących przeciw wyrokowi TK czy chełpiących się zwycięstwem działaczy pro-life usiedli ze sobą „aborterka” i „katol”, mogłyby zadziać się cuda. Szczera, intymna, pozbawiona manipulacji polityków/kleru/mediów/znajomych z facebooka rozmowa mogłaby obu stronom pomóc się zrozumieć. Jednym zrozumieć moralny imperatyw, drugich uwrażliwić na dramat rozpaczy i beznadziei. Obie strony wyciszyć, uspokoić i otworzyć na to, co łączy, a nie na to, co dzieli.

Potrzeba tylko ciszy i prawdziwego spotkania osób.

Boże, wyłącz, proszę, internet.

 

// Zdjęcie na stronie głównej pochodzi z serwisu Pixabay

 

 

 

 

 

 

4 thoughts on “Potrzeba ciszy i spotkania

  1. Też dziękuję, najserdeczniej. Ciszy nie słychać… zatem dziękuję również za to, że mimo wszystko włączyła Pani internet!

  2. Patrzę na tę sytuację i czuję, że potrzebuję jeszcze bardziej Marii w moim życiu, w naszym otoczeniu. Słuchać i rozważać w sercu. Ale i kiedy trzeba mówić, żeby głos miał więcej czułości.

    Krzyk i groteskowe słowa nie pomagają. Przeciwnie.

    MY Chrześcijanie od dawna wypaczamy co mówił Pan Jezus. Stworzyliśmy tak wiele skrótów, że dystansujemy się od prawdziwej Drogi. Prawdy. Życia. Od prawdziwego Niego.

    Dziękuję za tekst! 🙂

  3. Pani Agato, dziękuję 🙂 Jestem gotowa budować przestrzeń dla tej ciszy i dla dialogu … Pozdrawiam i zapraszam do spotkania, rozmowy..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *