Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono

Ostatnio, porządkując domowe archiwum (wiwat przeprowadzka!), natknęłam się na pewien wywiad, który zrobił na mnie duże wrażenie. Chodzi o rozmowę Adriana Stachowskiego z Markiem Łagodzińskim, prezesem fundacji „Sławek” opublikowaną kilka lat temu w „Tygodniku Powszechnym” („Przebaczyć złemu”, Tygodnik Powszechny nr 27 z 5 lipca 2015).

Odwet to żadna droga

Fundacja „Sławek” może Wam się kojarzyć, bo to jej działacze od 20 lat organizują pieszą pielgrzymkę więźniów i osób z niepełnosprawnościami do Częstochowy. Celem tej organizacji jest pomoc ludziom przebywającym w zakładach karnych i poprawczych w bezpiecznym powrocie do społeczeństwa i rodziny. Sam wywiad pokazywał bardzo ludzką stronę tej działalności – koncentrował się na konkretnych historiach, motywacjach, wątpliwościach. Gdybym miała streścić w jednym zdaniu, o czym jest, to powiedziałabym, że o godności ludzkiej, pokorze wobec siebie i niezwykłej wierze w drugiego człowieka.

W głowie cały czas brzmią mi dwa fragmenty:

„Kiedy byłem na pierwszym spotkaniu AA w więzieniu, cały czas myślałem o tym samym. Czy przypadkiem ten, który siedzi obok, nie jest zabójcą? A ten – za co? Po chwili zorientowałem się, że to przeszkadza mi ich słuchać. (…) Ale jeśli chciałby pan pomagać takim ludziom, łatwiej będzie panu bez tej wiedzy. (…) Społeczeństwo – też taki byłem – nie widzi w więźniach ludzi, tylko ich czyny”.

Żeby było jasne, dalej Pan Łagodziński nie mówi, że to jest krzywdzące dla tych ludzi. Pokazuje jednak, że życie, ludzkie historie, charaktery nie są proste i jednowymiarowe i za każdym skazanym wlecze się konkretna życiowa historia. „Zapracowali sobie” na taki stosunek społeczeństwa, ale w kraju, w którym „prawa człowieka” chętnie odmienia się przez przypadki, a religia katolicka jest nadal dominującą, to przykre, że tak łatwo przychodzi nam traktowanie ludzi jak zwierzęta.

„Chcielibyśmy ich trzymać w klatkach jak zwierzęta, w lochach, po kolana w wodzie ze szczurami. A może im jeszcze jeść nie dać? Tacy jesteśmy. Ale to nic innego jak odwet. A agresja rodzi agresję”,

Uczynki miłosierdzia w praktyce

Ewangeliczny nakaz „więźniów pocieszać” traktowałam do tej pory dość metaforycznie, myśląc głównie o pomocy ludziom, którzy są zamknięci w swoim egocentryzmie i skuci kajdanami wyrosłych na tym problemów. Jeden jedyny raz, kiedy wybrałam się do prawdziwego więzienia w ramach wolontariatu, wspominam dość frustrująco. Nie potrafiłam się odnaleźć w sytuacji, nie bać się osadzonych, rozmawiać z nimi naturalnie i bez panicznej myśli, „czy on mi nic nie zrobi”… I jakoś potem już nigdy tam nie wróciłam i bez większych skrupułów po prostu … przestałam o nich myśleć. Teraz mi wstyd. Nie chodzi o to, że po przeczytaniu tej rozmowy mam w głowie myśl – jako katoliczka, powinnam kierować się miłosierdziem i zrobić coś konkretnego dla tych ludzi! Praca z więźniami nie jest moim powołaniem, wiem to. Mogę jednak – więcej! – powinnam pamiętać o tych ludziach w modlitwie, nie przeszkadzać tym, którzy im pomagają, a przede wszystkim pilnować się, by nie wpadać w starotestamentowe „oko za oko”. W myślach i w słowach. O uczynkach nie wspominając.

Patrzeć na ludzi oczami Jezusa

Nieustannie potykam się o takie sytuacje/osoby w życiu, które burzą mój wewnętrzny spokój ducha i pokazują, jak wiele jest we mnie wątpliwości i tematów do zgłębienia. Siedząc wygodnie w bezpiecznym domku i otoczona miłością moich Najbliższych, niewątpliwie mam skłonność do tego, by wizje świata sobie upraszczać, a tematy trudne pomijać. Ten wywiad pokazał mi, jak łatwo feruje wyroki i że rzeczywiście „nie widzę w więźniu człowieka, a tylko jego czyn”. Że bez trudu przychodzi mi osądzanie i odbieranie ludziom prawa do zmiany na lepsze. A przede wszystkim – wyrzucanie ich ze świadomości. Jestem absolutną przeciwniczką kary śmierci i nie podpisuję petycji związanych z zaostrzaniem kar. Uważam, że to nie jest dobra droga. No, ale nie raz, nie dwa zdarzyło mi się palnąć, że złodziejom to się powinno ręce połamać … Nie jestem przekonana, czy to było tylko metaforyczne stwierdzenie, czy rzeczywiście bym takiego wyroku nie zaakceptowała w konkretnym przypadku. Wszak, tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

 

//Zdjęcie tytułowe na stronie głównej pochodzi z serwisu Pixabay.com

2 thoughts on “Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *