Pomyśl, zanim powiesz

Znajomy Anglik, od kilku lat mieszkający w Polsce, podzielił się ze mną niedawno pewnym doświadczeniem. Otóż, z nastaniem jesiennych chłodów postanowił wybrać się do pobliskiej siłowni, by tam zadbać o swoją kondycję. Kiedy wszedł do owego przybytku zdrowego ducha, pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to muzyka, która dochodziła z rozmieszczonych w całym budynku głośników. Agresywne, wulgarne, pełne pogardy i nienawiści teksty w języku angielskim wbijały mu się w uszy i nie potrafił ich nijak zignorować. Przez pewien czas łudził się, że być może to jakaś feralna playlista, ale kiedy po 20 minutach nic się nie zmieniło – postanowił zareagować.

Niewiedza, ignorancja czy zła wola?

Podszedł do recepcji i zapytał siedzącego tam młodego człowieka, czy zna angielski. Ów, przytaknął, że owszem, zna. Z tym większym zadziwieniem mój znajomy, rozglądając się po przestrzeni, w której tu i ówdzie przechadzały się nastolatki i mamy z malutkimi dziećmi, zapytał, czy rozumie sens słów, które rozbrzmiewają z głośników. Odpowiedź była cokolwiek wymijająca: „To jeden z najpopularniejszych raperów słuchanych w Polsce”. „No dobrze, ale czy Pan ROZUMIE, jak opresyjne są teksty, które puszczacie w przestrzeni publicznej?!!?!” – dopytywał Garreth z niedowierzaniem. „To jeden z najpopularniejszych raperów słuchanych w Polsce” – młody człowiek niczym rasowy polityk zaczął powtarzać zdanie, które, jego zdaniem, wyjaśniało wszelkie wątpliwości i odpowiadało na każde zastrzeżenie. Wezwano starszego managera. Mój znajomy koniec końców nie dowiedział się, czy obsługa siłowni rozumie teksty piosenek, które puszcza, ale po jego interwencji zmieniono muzykę. Nie cieszył się zbyt długo swoją radością, bo następnego dnia, gdy wszedł do tej samej siłowni, usłyszał dokładnie ten sam bluzg w języku angielskim, którego nie był w stanie ignorować. Tym razem już nie dyskutował. Oddał karnet i zrezygnował z członkostwa.

Jestem gotowa założyć się, że młody człowiek z recepcji nie do końca rozumiał sens słuchanych piosenek i – z dużą dozą prawdopodobieństwa – nie miał zielonego pojęcia, o co Garrethowi może chodzić (zwłaszcza, że – gwoli formalności zaznaczę – mój znajomy to były marines i zdecydowanie nie wygląda na purystę językowego ;-)). Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo łatwo przychodzi nam bezrefleksyjne powtarzanie zasłyszanych fraz i słów. I – bywa – że niepostrzeżenie piosenki, które nucimy pod prysznicem, zaczynają kształtować nasze postrzeganie świata.

No, pani Krysiu, k…

Byłam kiedyś świadkiem – zabawnej skądinąd – scenki rodzajowej. Na przystanku stały dwie starsze panie i dość głośno ze sobą rozmawiały. Temat był frapujący, bo dyskutowały o współczesnej młodzieży i jej wychowaniu. W pewnym momencie jedna z pań zaczęła perorować: „No, pani Krysiu, k…, niech sobie pani, k…, wyobrazi, że ten mój Januszek, k…., ten mój najmłodszy z wnuków, k…, wie pani który, to strasznie, k…, ale to strasznie przeklina!”. Przyznam, że trudno było zachować powagę w obliczu takiego dictum, ale jednocześnie nieco przerażające było to, że starsza pani używała słowa powszechnie uznawanego za obelżywe zupełnie bezrefleksyjnie. Niczym przecinka albo pauzy.

Ta sytuacja wraca do mnie dość często, gdy odbieram synka ze szkoły i uszy mi więdną od zasłyszanych wulgaryzmów, jakich używają dzieci w swobodnej zabawie ze sobą. Bo obawiam się, że język ich konwersacji jest aż nazbyt często kalką języka zasłyszanego w domu. Zauważyłam jednak, że gdy pokaże się młodym ludziom, iż są słyszani (czyli: zwróci im się bezpośrednio uwagę!), a następnie zapyta o to, dlaczego używają takich a nie innych słów, to najczęściej wpadają w swego rodzaju konsternację. Rzadko kiedy potrafią odpowiedzieć na to pytanie. A myślę, że ono otwiera pewną przestrzeń do refleksji dla każdego człowieka: dlaczego warto dbać o to, w jaki sposób się wyrażamy?

Jedenaste: nie klnij

Pamiętam, że swego czasu istnym przewrotem kopernikańskim było dla mnie uświadomienie sobie, że … nie muszę się spowiadać z tego, że użyłam brzydkiego słowa. Soczyste „k…!”, gdy cegła spadła mi na stopę, okazało się nie być grzechem! Nie sprawiło to oczywiście, że w obliczu tego odkrycia nagle zaczęłam klnąć jak ten przysłowiowy szewc, ale poczułam się trochę zakłopotana tym oczywistym – w moim odczuciu – niedopatrzeniem Pana Boga. Przecież jedenaste powinno brzmieć: nie przeklinaj! Gdy zapytałam mojego ówczesnego katechetę o to, dlaczego tak nie jest, ten uśmiechnął się i zażartował, że to podobnie, jak z tym mojżeszowym listem rozwodowym (Mk 10, 4-9). „Ludzie by nie udźwignęli” – stwierdził. Wtedy zrozumiałam, że to kolejny obszar, który wpisuje się w wolnościową strategię Pana Boga: „Możesz wszystko. Ale nie musisz”. Możesz bluzgać na lewo i prawo, ale … nie musisz.

Kiedy więc moje osobiste dzieci pytają mnie o znaczenie zasłyszanych wulgaryzmów, najczęściej staram się zwrócić im uwagę, czy chcieliby, by ktoś zwracał się do nich lub o nich mówił takim językiem. Na ich wyobraźnię bardzo mocno działa też argument ekologiczny: skoro mówimy, że są „brzydkie słowa”, a chcemy, żeby świat był piękniejszy, to dbajmy o to, by opisywać go i komunikować się z nim w jak najładniejszy sposób. Od tego jak mówimy, świat staje się lepszy. A panowanie nad własnym językiem nie wymaga szczególnych supermocy. No, może tylko … myślenia, wrażliwości i nieco dobrej woli.

Ludzie Słowa

Jestem głęboko przekonana, że świat zmienia się od siebie i przede wszystkim małymi gestami. Może więc dlatego tak bardzo razi mnie, gdy zdarza mi się usłyszeć wulgaryzm z ambony. Albo hejt z ust moich sióstr i braci w kościele. My, chrześcijanie, jako ludzie Słowa, powinniśmy w sposób szczególny dbać o naszą kulturę wysławiania się. Nie dlatego, że Bozia nas pokarze, gdy wyrwie nam się jakiś wulgaryzm, ale dlatego, że to właśnie my powinniśmy być najbardziej świadomi jaką moc ma słowo. Nawet jego okruch. Więc to, czy używam brzydkich słów, nie jest bez znaczenia. Bo jeśli grubiańskie odzywki stają się naszym przecinkiem, to raczej nie zwrócimy uwagi na to, że wielokrotnie powtarzanym sformułowaniem ktoś może manipulować całym naszym postrzeganiem rzeczywistości.

Nie od dziś wiadomo, że język nas kształtuje! I to dlatego w obecnej sytuacji (słusznie i najwyraźniej ciągle za mało!) zwraca się uwagę, że sformułowania takie jak „fala uchodźców” czy „nielegalny imigrant” są przejawem dehumanizacji i stygmatyzacji osób migrujących.  Zwroty te w znaczący sposób przyczyniają się do umacniania w społeczeństwie negatywnego wizerunku bliźniego! Realnie podsycają uprzedzenia! Specjaliści to wiedzą, ale w świecie, w którym słowo tak mocno się zdezawuowało, ich nawoływania zdają się przechodzić bez echa. Więc to my, chrześcijanie, powinniśmy rozgłaszać to wszem i wobec, w naszych rodzinach, wśród naszych znajomych… Tylko, pytanie, czy nas tego typu wyrażenia rażą? A jeśli nie, to może warto zrobić sobie porządny rachunek sumienia ze słów, jakie padają z naszych ust?

Zbyt często mowę traktujemy jak oddychanie – bezwiednie zakładamy, że nie musimy myśleć, by to robić. I w efekcie zbyt często komunikujemy się zupełnie bezrefleksyjnie. Ze szkodą: dla naszych serc, relacji i świata.

Zmieńmy to od dziś. Zaczynając od siebie. Challenge accepted?

//

Zdjęcie na głównej: unsplash.com

 

 

2 thoughts on “Pomyśl, zanim powiesz

  1. Challenge dont accepted.
    Kto nie klnie, lub rzadko i z ważnego powodu – nadal takim pozostanie.
    Kro używa przekleństw jako przecinków, upomniany może z wielka wprawą nabluzgać tak, że upominającemu uszy zwiędną.
    Najlepiej po prostu odejść.
    Pozdrawiam.

  2. Ważne wydaje mi się zwrócenie uwagi (co zrobiła Pani w drugiej części tekstu), że trujące, szkodliwe są nie tylko „klasyczne” wulgaryzmy (z wszechobecnym słowem na literę „k” na czele). Ale też słowa dehumanizujące czy po prostu dołujące, podcinające skrzydła („ty zawsze tak”, „no, czego innego się spodziewać”). A co do dzieci… problemem jest, gdy dziecko lekko i bezmyślnie niedobrych słów używa, ale inny problem, wcale nie mniej bolesny, gdy nie jest oswojone z tą językową brutalnością i mocno ją przeżywa. Mam „na stanie” wczesną nastolatkę z tym drugim problemem i widząc całą bezskuteczność (a pewnie też niezupełną słuszność) prób tłumaczenia, by aż tak na serio nie brała słów swoich rówieśników, nie wiem zarazem, jak mogłabym jej pomóc…

Skomentuj Alicja M.M. Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *